19 września 2017

BIESZCZADY — Tarnica przez Bukowe Berdo

Widełki — Bukowe Berdo — Krzemień — Przełęcz Goprowska Przełęcz pod Tarnicą Tarnica Szeroki Wierch — Ustrzyki Górne
(szlak niebieski — żółty — czerwony)

czas przejścia: 7 godzin    suma podejść: 1134 m    dystans: 20 km    trudność: **
infrastruktura: brak


Koniec wakacji postanowiliśmy spędzić w Bieszczadach. Byliśmy ciekawi, czy te góry, zupełnie odmienne w charakterze niż Tatry i skaliste partie Malej Fatry przypadną Wawkowi do gustu. Naiwnie założyliśmy, że początek września nie będzie już tak zatłoczony, tymczasem na szlakach ludzi było mnóstwo. Ponieważ Bieszczady uważane są za góry łatwe i przyjazne, królowały rodziny z małymi dziećmi oraz grupki licealnej młodzieży. Rejwach i wrzaski oraz marudzenie słychać było dosłownie co chwilę. Nie wiem dlaczego większość rodziców uznaje, że w górach można do woli krzyczeć, napominając wrzaskliwym głosem swoje pociechy: „Chodź już! Rusz się! Nie idź tam! Co robisz?! Zostaw!”. Nie dodawało to uroku tym górom i przyznam, że po pierwszym dniu — wędrówce po Połoninie Wetlińskiej — zwątpiłam, czy będzie to udany wyjazd.

Nad moimi nogami
Wyciągniętymi wygodnie
Kłębiące się chmury.
[Issa]

Pomni nieprzyjemnych wrażeń z Połoniny Wetlińskiej, Tarnicę postanowiliśmy zdobyć trasą najmniej uczęszczaną, czyli najdłuższą — przez Bukowe Berdo. W przewodnikach i w necie można znaleźć zapewnienia o dzikości tego szlaku i małej liczbie turystów. Cóż, albo moje standardy są inne, albo nie zdaję sobie sprawy z tego, co dzieje się w Bieszczadach — tych Wysokich, najbardziej znanych — podczas wakacji :-). Było raczej tłoczno (w skali 1–3 jakaś 2) i wcale nie dziko. Ale mimo wszystko: pięknie. Powoli nabierające czerwonawej barwy hale robiły ogromne wrażenie, i to nawet na zwykle obojętnym krajobrazowo Wawku. Muszę też przyznać, że Bukowe Berdo jest chyba najbardziej urozmaiconą bieszczadzką połoniną, z licznymi skałkami i oczywiście wspaniałymi panoramami.

Proponowana przez nas trasa nie tworzy pętli. Wysoki sezon, który w Bieszczadach trwa od czerwca do września, ma jednak swoje zalety. Jedną z nich jest świetnie działająca w tym czasie komunikacja zbiorowa, a dokładniej prywatne busy (niestety, drogie). Kursuje ich wówczas mnóstwo i o dojazd do Widełek, miejsca rozpoczęcia wycieczki, nie trzeba się martwić. Najlepszą opcją dla zmotoryzowanych, a wędrujący z dziećmi, zazwyczaj należą do tej kategorii, jest zostawienie samochodu w Ustrzykach Górnych (duże płatne parkingi) i podjechanie busem na miejsce startu. W ten sposób, schodząc z gór, kiedy zmęczenie daje o sobie znać, mamy zapewniony bezproblemowy i szybki powrót na kwaterę.

WIDEŁKI (580 m n.p.m.) na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniają. Ot niewielki parking i budka, w której kupuje się bilet wstępu do parku… Ale to właśnie w tej okolicy, w dolinie potoku Zwór, w 1963 roku zbudowano zagrodę dla żubrów, podejmując próbę odtworzenia populacji tych zwierząt w Bieszczadach. Udało się. Obecnie w bieszczadzkich lasach żyje około 300 żubrów i z roku na rok jest ich coraz więcej. Nie znaczy to, że króla puszczy zobaczymy, wędrując niebieskim szlakiem na Bukowe Berdo. Już szybciej mamy szansę spotkać tu niedźwiedzia, przed którym ostrzegają tablice. Nam nie było to pisane, na świeżutkie tropy miśka natknęliśmy się natomiast następnego dnia w bezludnej dolinie Balnicy. Ale to już inna opowieść.

Niebieski szlak z Widełek przez dwie godziny wiedzie leśną głuszą. Niektórym może się dłużyć :-).

Zagłębiamy się w las, wędrując za niebieskimi znakami. Początkowo jesteśmy sami. Ścieżka szybko zaczyna się ostro piąć. Zdobywamy Kopę (886 m n.p.m.), a potem obchodzimy Widełki (1016 m n.p.m.). Las jest dorodny i wraz z wysokością wyraźnie się zmienia. Wysokie drzewa przechodzą w odmiany niższe, tzw. krzywulcowe, a następnie w formy krzewiaste. To nie tylko wpływ warunków klimatycznych, ale też prowadzonej tu niegdyś gospodarki pasterskiej. Obecnie po zaniechaniu wypasu następuje renaturalizacja zbiorowisk. Po niecałych dwóch godzinach dochodzimy do wiaty, gdzie można odpocząć i zebrać siły na dalszą wędrówkę. Postanawiamy zrobić sobie popas już na odkrytym terenie, zapewniającym piękne widoki. Szybko się okazuje, że nie jest to najlepszy pomysł: niemal zaraz po wyjściu na hale atakują nas fruwające mrówki, z nieba leje się żar, a o cieniu można tylko pomarzyć. Wędrujemy więc dalej, do majaczącego w oddali węzła szlaków.

Las jak nożem uciął zamienia się w halę, wyjście na otwartą przestrzeń robi więc niesamowite wrażenie.
Zielono-żółte łany traw, w oddali kopuły szczytów… Magiczny zakątek. Poniżej węzeł szlaków, gdzie skończyła się nasza samotność na trasie.

BUKOWE BERDO ma cztery wierzchołki (wbrew temu, co twierdzi większość stron w necie). Pierwszy mijamy, zanim dojdziemy do krzyżówki z żółtym szlakiem. Nie ma nazwy, na mapach jest zaznaczany kotą 1073. Jak dotąd na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, teraz jednak nasza samotność się kończy — z Mucznego za żółtymi znakami kapie strumień turystów. Jakby na pocieszenie, od tego miejsca zaczyna się najpiękniejszy krajobrazowo odcinek trasy. Wędrujemy wąskim grzbietem, który urozmaicają liczne wychodnie skalne. Rozległe widoki pozwalają podziwiać dolinę Sanu z jednej strony, a z drugiej — Szeroki Wierch i Tarnicę. Kiedy docieramy do Szołtyni (1201 m n.p.m.), drugiego wierzchołka Bukowego Berda i przy okazji fajnej miejscówki, robimy sobie przerwę. Ta część malowniczego grzbietu nosi nazwę Połoniny Dźwiniackiej i słynie z różnorodnych form skalnych oraz cennej roślinności naskalnej. W 2014 roku ze względu na ochronę tej roślinności skorygowano przebieg szlaku. Teraz wiedzie on bardziej zboczem połoniny niż samym grzbietem i omija sporo skałek, co niektórych bardzo denerwuje.

Szołtynia (↑↓), czyli drugi wierzchołek Bukowego Berda. Z lewej, na horyzoncie majaczy Połonina Caryńska. Słowo „berdo” pochodzi od prasłowiańskiego br'do i znaczy góra, pagórek, ale również — stroma góra, przepaść. Podobno pierwotnie grzbiet zwano Pukowe Berdo, od właściciela terenu: nijakiego Puka. Austriacy, przygotowując mapy, przeinaczyli nazwę i tak otrzymaliśmy nie Pukowe, a Bukowe Berdo, które pozostało z nami do dzisiaj. Stamtąd przyszliśmy (↑), a tam idziemy (↓).

Połoniny, choć to dopiero początek września, już zaczynają przebarwiać się na rudo. Są tak malownicze, że nie można mieć pretensji o ich megapopularność. Rozległe bieszczadzkie hale mają pochodzenie naturalne, są odpowiednikiem piętra kosodrzewiny w Tatrach. Początkowo, zanim rusińscy górale, czyli Bojkowie, zaczęli wyganiać na nie bydło, miały mniejszy zasięg. Dziś, gdy pasterstwo nie ma już takiego wzięcia, powoli znów zarastają, aż do naturalnej granicy swojego występowania. Co ciekawe, ich szybkiemu kurczeniu się zapobiegają jelenie, sarny i żubry. Pasą się one na polanach i zgryzają młode sadzonki drzew i krzewów, zapobiegając szybkiemu wkraczaniu młodnika na odkryte tereny. Niegdyś „połonina” oznaczała miejsce puste, nieużytek, coś, co nie nadaje się do uprawy roli, współcześnie kojarzy się z najpiękniejszymi bieszczadzkimi krajobrazami.

Ruszamy w dalszą wędrówkę rudziejącymi odkrytymi terenami. Partie poniżej połoniny masowo porasta krzewiasta forma jarzębiny. Prawdziwą jesienią, kiedy jej owoce robią się krwistoczerwone, tereny te muszą wyglądać spektakularnie. Mijamy trzeci wierzchołek Bukowego Berda i w końcu docieramy do kulminacji grzbietu. Turyści zwą ten wierzchołek po prostu Berdem (1312 m n.p.m.), choć na mapach zaznaczany jest jedynie kotą. Żegnamy się z Połoniną Dźwiniacką. Schodzimy na niewielką przełączkę i zaczynamy podchodzić na grzbiet KRZEMIENIA (1335 m n.p.m.). Szlak nie wiedzie na sam wierzchołek, omija go z prawej strony. Na drugi pod względem wysokości szczyt polskich Bieszczadów jest dosłownie kilkanaście metrów, ale warto uszanować przepisy i zwyczajnie tam nie podchodzić. Bardzo cenna roślinność o charakterze alpejskim nie jest w stanie przetrwać rozdeptywana butami turystów. Widoki z miejsca, gdzie przygotowano ławki do siedzenia, nie różnią się od tych z wierzchołka. Są równie malownicze.

Zejście z grzbietu Krzemienia (↑) prowadzi ostro w dół po schodkach. Te schodki to właśnie efekt najazdu turystów. Żeby zminimalizować rozdeptywanie stoku i niszczenie połonin, trzeba było wyznaczyć wąski pas komunikacyjny. Schodkowa ścieżka wije się aż na Przełęcz pod Tarnicą, a nawet samą Tarnicę. Z Przełęczy Goprowskiej można podziwiać Tarnicę (↑) oraz po przeciwnej stronie masyw Krzemienia (↓) w całej okazałości. Ma on charakterystyczny kształt, z licznymi sterczącymi skałkami. Bojkom przypominał hrebień, czyli grzebień. Niektórzy starsi mieszkańcy tych terenów podobno tak właśnie go nazywali.

Zejście po schodkach na PRZEŁĘCZ GOPROWSKĄ (1160 m n.p.m.) trwa dosłownie chwilę, choć tracimy niemal 200 metrów przewyższenia. Schody nie są najwygodniejsze, miejscami odstępy pomiędzy belkami są zbyt duże, co wymaga podwójnego dreptania. Na przełęczy przez długie lata działała sezonowa baza ratowników, stąd jej nazwa. Dziś, kiedy GOPR dysponuje śmigłowcem, a Bieszczadzki Park Narodowy jest pokryty siecią dróg ratunkowych, nie ma racji bytu. Nieco powyżej przełęczy zbudowano natomiast deszczochron, czyli wiatę turystyczną. W jej pobliżu  znajduje się źródełko, z którego woda nadaje się do picia. Niestety bywa, że latem źródełko wysycha, o czym sami się przekonaliśmy. A słynne schody, nazywane przez niektórych schodami do nieba? Cóż, wzbudzają sporo kontrowersji. Z jednej strony zmniejszają wpływ człowieka na przyrodę, z drugiej psują piękny bieszczadzki krajobraz. O dzikości nie ma mowy.

Kiedy docieramy na PRZEŁĘCZ POD TARNICĄ (1276 m n.p.m.), po ostrym podejściu schodkami, wita nas tłum turystów. Większość dochodzi tu szlakiem z Wołosatego, najszybszej drogi na Tarnicę. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu prawie wszyscy zbierają się jednak do…  zejścia w dolinę. Kiedy kierujemy się na żółty szlak, który w dziesięć minut wyprowadza na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, jesteśmy niemalże sami. Na wierzchołku wprawdzie samotność nam nie grozi, ale jest naprawdę nieźle. TARNICA (1346 m n.p.m.) ma dwie kulminacje, wchodzi się na wyższą. Szczyt zdobi siedmiometrowy krzyż upamiętniający zdobycie góry przez Karola Wojtyłę. To już trzecia taka konstrukcja ustawiona na górze. Pierwszą wzniesiono w wiel­kiej ta­jem­nicy w 1979 roku, a kilka lat póź­niej przeniesiono na Halicz. W 1987 pojawił się kolejny krzyż: zniszczyła go wichura. Od 2000 roku stoi masywniejsza konstrukcja i ta na razie opiera się siłom przyrody. A nawet ściąga pioruny na grzeszących nierozwagą turystów.

Od 2009 roku szczyt Tarnicy otaczają barierki zwane prześmiewczo cielętnikiem. Sami jesteśmy sobie winni — przez lata wandale, nazwijmy rzecz po imieniu, masowo schodzili niżej i dewastowali cenną roślinność. Niestety płot na niewiele się zdaje, turyści wciąż bezmyślnie piknikują za barierkami. Z kopuły rozciąga się wspaniała panorama, przy sprzyjających warunkach można dostrzec nie tylko Tatry, ale też Gorgany. Latem w środku dnia na dalekie widoki nie ma jednak co liczyć.

Czas ruszyć dalej. Schodzimy na Przełęcz pod Tarnicą i od razu rozpoczynamy podejście na Tarniczkę (1315 m n.p.m.), która stanowi kulminację 6-kilometrowego SZEROKIEGO WIERCHU. Odkryty grzbiet zapewnia oczywiście rozległe widoki, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Pasmo biegnie równolegle do Bukowego Berda, od którego oddziela go dolina Terebowca, i podobnie jak Berdo ma cztery wierzchołki. Prowadzą nas czerwone znaki Głównego Szlaku Beskidzkiego. Od Tarniczki połonina łagodnie wiedzie w dół. Przed oczyma mamy wyniosłą piramidę Połoniny Caryńskiej, a kiedy odwracamy głowę możemy podziwiać majestatyczne gniazdo Tarnicy. Pół godziny później dochodzimy do najniższego wierzchołka Szerokiego Wierchu, na mapach oznaczanego kotą 1240, i rozpoczynamy strome zejście. Ten odcinek trasy już nam się dłuży: 1,5-godzinne zejście jest monotonne, daje o sobie znać zmęczenie, a do tego jakiś czas temu skończyła nam się woda.

Widok z Tarniczki (↑) na Przełęcz pod Tarnicą i samą Tarnicę. I Połonina Caryńska (↓) widoczna z Szerokiego Wierchu, kiedy schodzi się do Ustrzyk Górnych. Światło już popołudniowe.


Pierwsze kroki w USTRZYKACH GÓRNYCH (650 m n.p.m.), kiedy już tam docieramy, kierujemy do knajpki. Odpoczynek i dobre nawodnienie robią swoje :-). Jest jeszcze całkiem wcześnie, dochodzi 17.00, postanawiamy więc na zakończenie dnia zobaczyć cerkiew w Smolniku. Lubimy łączyć górskie wyprawy z krajoznawczymi perełkami, a drewniana cerkiew św. Michała Archanioła, obecnie kościół, jest właśnie taką perełką. Wzniesiona w 1792 roku, cztery lata temu została wpisana na listę UNESCO. Świątynia jest trójdzielna (babiniec, nawa, prezbiterium) i ma konstrukcję zrębową. Usytuowana na wzgórzu, otoczona wyniosłymi drzewami, prezentuje się wspaniale. Wnętrze, niestety, zostało pozbawione dawnego wyposażenia; zachowały się jedynie polichromia i obraz Wniebowzięcia Matki Boskiej z XVIII wieku. Wokół świątyni znajduje się dawny cmentarz przycerkiewny z kilkoma nagrobkami. Cerkiew wzniesiono w stylu archaicznym bojkowskim, co jest unikatem w naszym kraju. Niegdyś obiekty tego typu znajdowały się jeszcze w kilku innych miejscowościach, zostały jednak rozebrane lub zniszczone. Podobny styl prezentuje cerkiew z Grąziowej, eksponowana w sanockim skansenie.

Cerkiew w Smolniku. Część środkowa — nawa — jest większa niż pozostałe. Każdą część nakryto charakterystycznym czterospadowym dachem brogowym.


A to poglądowa mapa naszej trasy:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz