3 lipca 2018

ALPY JULIJSKIE — pod znakiem Špika

Pierwszy tydzień wakacji jak zwykle spędziliśmy w górach. Tym razem wybraliśmy się trochę dalej, w słoweńskie Alpy Julijskie. Góry oszołomiły nas swoją wyniosłością i surowością. Z dołu wyglądały wręcz onieśmielająco, strzelając w niebo ogromnymi postrzępionymi graniami, które wydawały się nie do zdobycia. W porównaniu z włoskimi i francuskimi Alpami, znanymi nam z wcześniejszych wyjazdów, zrobiły na nas wrażenie znacznie trudniejszych i dzikszych. Wieloma tutejszymi ścianami poprowadzono śmiałe via ferraty o dużej ekspozycji, nawet proste szlaki na mało wymagające szczyty zwykle miały krótsze bądź dłuższe odcinki ubezpieczone linami lub klamrami. Trudno tu o krótkie, półdniowe trasy, dojście choćby do wyżej położonego schroniska wymaga zazwyczaj 4 godzin marszu, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegoś szczytu, no i zejściu z powrotem w doliny. Całodniowe 10-12-godzinne wędrówki to norma, przy czym należy nastawić się na wyrypy w księżycowym krajobrazie, z miejscami o ekspozycji zapierającej dech w piersiach, przewyższeniach sięgających 1500-1800 metrów i karkołomnych zejściach.


Wzbudzające respekt — Velika Ponca (2602 m n.p.m.) i Veliki Oltar (2621 m n.p.m.)…

Patrząc na porażająco piękne wapienne ściany, od razu myśli się o słynnych Dolomitach. Słusznie, Alpy Julijskie stanowią fragment Południowych Alp Wapiennych, do których należą też tamte góry. Z budową geologiczną — skałami wapiennymi — wiąże się oczywiście charakter masywu. Szczyty imponują tu śmiałymi kształtami, ostrymi graniami i potężnymi ścianami. Duża przepuszczalność skał powoduje, że woda opadowa niemal natychmiast znika pod powierzchnią ziemi i w górnych partiach gór nie ma jej prawie wcale. Krajobraz białych głazowisk wyschniętych koryt rzek to stały element tutejszych wędrówek. Wyżej zmorą są piargi — ogromne pola rumoszu, który osuwa się spod nóg przy każdym kroku.

Pod koniec czerwca Alpy Julijskie okazały się niemal bezludne. Być może zaważyła na tym niestabilna pogoda — było zimno, deszczowo, wyżej w wielu miejscach zalegały rozległe płaty stromego zmrożonego śniegu. I właśnie pogoda nie pozwoliła nam zdobyć Triglavu — niemal codziennie padał na nim śnieg, a chmury przykrywały grań zwartą czapą. Robienie w takich warunkach trudnej ferratowej trasy uznaliśmy za niepotrzebne ryzyko. Będzie kolejny powód, by wrócić. Z pięciu wypraw, które udało nam się odbyć, dwie zrobiły na nas wyjątkowo duże wrażenie. I na ich krótki opis zapraszam.

…oraz bukoliczny obrazek — szczyty Alp Julijskich widziane z polany pod Slemenovą Špicą

NA WYNIOSŁY ŠPIK
Mihov dom — Koča v Krnici — Lipnica — Špik — Koča v Krnici – Mihov dom
(końcowe podejście na szczyt z elementami via ferraty)

czas przejścia: 9–10 godzin
    suma podejść: 1500 m   trudność: ***

Piramidalny Špik górujący nad Kranjską Gorą zdobył nasze serca od pierwszego wejrzenia — śmiały szpiczasty kształt, od którego wziął nazwę, i ogromne zerwy północnej ściany rozbudziły chęć jego zdobycia. Szczyt ma opinię dzikiego i rzadko odwiedzanego, ale nie jest trudny technicznie: ubezpieczone odcinki są krótkie i niezbyt eksponowane. Kto ma większe wysokogórskie doświadczenie, spokojnie sobie poradzi. Problemem może być natomiast przewyższenie do pokonania: 1500 metrów w górę to spory wysiłek (dobra kondycja to przy tej wycieczce podstawa!). Prawdziwym wyzwaniem okazuje się jednak droga powrotna, kiedy zmęczenie daje już o sobie znać, a stromo zbiegające w dół pola piargów zdają się nie mieć końca.

Špik (najwyższy, w centrum) widziany ze szlaku na widokowy Ciprnik. Po prawej płaty śniegu i piargi, którymi wiedzie droga zejściowa. Pogoda w porównaniu z tą, podczas której zdobywaliśmy szczyt, dużo posępniejsza.

Dojazd do miejsca startu wycieczki wiedzie malowniczą Ruską cestą. Droga, wybudowana przez rosyjskich jeńców w czasach I wojny światowej, rozpoczyna się w Kranjskiej Gorze przechodzi przez przełęcz Vršič i zbiega do miejscowości Trenta. To niby tylko 24 kilometry, ale do pokonania jest aż 50 ostrych zakrętów, ponumerowanych i z podaną wysokością. Nasza trasa rozpoczyna się w jednej trzeciej Ruskiej drogi, w pobliżu schroniska MIHOV (1085 m n.p.m.): samochód zostawia się na jednym z tamtejszych parkingów. My wybraliśmy ten znajdujący się naprzeciw tzw. ruskiego krzyża: najdogodniejszy, bo szlak zaczyna się dosłownie kilka metrów powyżej niego.

Jadąc do ruskiego krzyża, mija się punkt widokowy na Prisojnik (2547 m n.p.m.), jeden z najbardziej znanych szczytów Alp Julijskich, z charakterystycznym oknem (wiedzie przez niego wymagająca ferrata). Niestety, załamanie pogody nie pozwoliło nam Prisojnika zdobyć. To jeden z celów kolejnego wyjazdu.

Z szosy wygodna ścieżka sprowadza na dno doliny Krnica. W ciągu pół godziny docieramy do ładnie położonego schroniska — KOČA v KRNICI (1113 m n.p.m.). Jest ono jednym z najmniejszych w Alpach Julijskich, czego nie można powiedzieć o otoczeniu — wyniosłych, potężnych ścianach Zadniego Prisojnika, Razora i Škrlaticy. Warto przy okazji wspomnieć, że wszystkie szlaki w Alpach Julijskich są znakowane na czerwono; w miejscach przecięcia poszczególne kierunki wskazują tabliczki z nazwą szczytu albo doliny. Wysoko w górach znakowanie jest ubogie, czasem to tylko maźnięcie kreski na skale lub słabo widoczne niewielkie kółko, gdzieś na kamieniu. Na szczęście w newralgicznych punktach są też ustawiane kamienne kopczyki, ułatwiające odnajdywanie drogi w bezkresie kamieni.

Koča v Krici otoczona przez wyniosłe szczyty.

Za schroniskiem rozpoczyna się to, co w górach oczywiste: podejście. Należy nastawić się na 4–5-godzinne ciągłe zdobywanie wysokości (czas na szlakowskazie podaje 4,5 godziny na Špik i tyle mniej więcej bez odpoczynku to zajmuje). Kilkanaście minut od schroniska przekraczamy koryto okresowego potoku, a potem częściowo wśród kosówki dochodzimy do kolejnego łożyska usłanego ogromnymi kamulcami. Szlak wiedzie a to korytem, a to w jego pobliżu. Ścieżka robi się coraz bardziej stroma, nad nami górują pionowe skały Gamsovej Špicy. Wchodzimy w łany kosodrzewiny, które wraz z wysokością kurczą się, ustępując miejsca nagim skałom. Krajobraz z każdym krokiem nabiera surowości, człowiek maleje, staje się nic nie znaczącym punkcikiem w bezkresie przyrody.

Niższe partie podejścia na Špik (↑) — droga wiedzie wyschniętym korytem potoku. Na kamulcu czerwony znaczek szlaku. Na tym odcinku trzeba uważnie wypatrywać znakowania, łatwo go zgubić, co nam się przytrafiło i niepotrzebnie podeszliśmy kilkadziesiąt metrów w górę. Wraz ze zdobywaniem wysokości otoczenie staje się coraz bardziej surowe (↓).

Na całym szlaku nie spotykamy nikogo. Potęguje to wrażenie samotności i opuszczenia, zdania tylko na siebie. Do tego cisza, w której strącenie kamienia urasta do hurgotu. To zupełnie inne przeżywanie natury niż na popularnych szlakach. Bardziej pierwotne. Ludzi wprawdzie nie spotykamy, towarzyszą nam jednak zwierzęta. Kiedy przysiadamy na pięć minut i wyciągamy batoniki dla podreperowania sił, nie wiadomo skąd nadlatuje wrończyk. Przysiada pół metra od nas i czeka na okruchy. Jeszcze wyżej, dużo ponad 2000 m n.p.m., na naszej drodze pojawia się stado owiec. Wyglądają na zdziwione widokiem kogoś takiego jak my, zazwyczaj są tu zupełnie same.

Podobny do kawki mieszkaniec gór wysokich — wrończyk (↑). I stadko owiec (↓) na wysokości około 2300 m n.p.n. Trawa rośnie tu licho, ale widać wystarcza, by przeżyć.

Po ponad trzech godzinach marszu od schroniska szlak wyprowadza na niewielkie siodełko w skalnej grani. Widoki są stąd imponujące — wielkie wrażenie robi zwłaszcza skalny mur Velikiej Poncy i Velikiego Oltara (zdjęcie na samym początku relacji). Kilkadziesiąt metrów dalej docieramy szeroką granią do skalnego wypiętrzenia. To początek ubezpieczonego fragmentu szlaku. Na wierzchołek wypiętrzenia podchodzi się z pomocą lin, a zaraz potem schodzi nieco w dół na przełączkę. Stąd po kamulcach osiąga się szczyt LIPNICY (2418 m n.p.m.), niższy wierzchołek Špika. Zejście na kolejną przełączkę i końcówka szlaku wiedzie stromo po kruchych skałach. Na tym odcinku trzeba zachować uwagę, ekspozycja nie jest wielka, ale złe stąpnięcie może oznaczać kontuzję i konieczność wezwania pomocy. 

Ubezpieczone przejście skalnego wypiętrzenia i widok na końcówkę szlaku (↑) — podejście wiedzie granią. Choć grań wygląda na trudną, w rzeczywistości nie ma na niej dużej ekspozycji. Droga po kamulcach jest wprawdzie bardzo stroma, ale technicznie prosta (↓).

Niemal pięć godzin od wyjścia ze schroniska stajemy na wierzchołku ŠPIKA (2472 m n.p.m.). Rozciągająca się stąd panorama jest kapitalna — na południu góruje Škrlatica, a za nią pozostałe szczyty Alp Julijskich, na północy natomiast zieje przepaść; Špik urywa się od tej strony ogromną 950-metrową ścianą. Jej pokonanie było w latach 20. XX wieku jednym z największych wyczynów alpinizmu europejskiego. Za doliną Sawy widać natomiast Karawanki. Robimy sobie fotę i wpisujemy się do księgi wejść.

Jest zadowolenie. My i to, co widać ze Špika na południe.

Teraz czeka nas najgorszy fragment wyprawy — zejście. To najbardziej karkołomne opuszczenie góry, jakie przyszło mi przeżyć. Którędy wiedzie szlak, do końca nie wiadomo — w dół po piargach, tak wskazuje strzałka na przełęczy. Potem przez kilkaset metrów oznaczeń nie ma, bo gdzie niby je namalować. Na ustawienie kopczyków nie ma szans. Każdy krok wywołuje lawinkę kamyków i sporych kamulców. Właściwie osuwamy się wraz z nimi w dół, licząc na to, że uda się zatrzymać. Tuż obok ciągnie się ogromny stromy płat śniegu, wejście na niego, choć kusi, może bez raków skończyć się ślizgiem kilkaset metrów w dół. Koniec końców i tak musimy ten płat przetrawersować — po niemal godzinnym pokonywaniu piarżystego kotła dostrzegamy na niewielkim wyniesieniu po drugiej stronie śniegu kopczyk. Trudno opisać ulgę, kiedy cali i zdrowi przy nim stajemy. Dalej jest już normalniej, ale niezwykle stromo. Końcowy etap to mozolne pokonywanie kolejnych metrów, miejscami kruchą skałą z ubezpieczeniami. Po ponad trzech godzinach docieramy do dna doliny i cicho szemrzącego potoku z niebieską wodą.

Początkowy fragment zejścia wiedzie ostro po piargach. Oj, daje to wycisk.

Dzikość Špika nas zauroczyła. To przepiękna wyrypa w skalny świat. Konieczne są kask i rękawiczki, w kopule szczytowej trzeba używać rąk podczas podchodzenia i zejścia, a skały bywają ostre. Sprzęt ferratowy dla osób wprawnych, kiedy wędruje się bez dzieci, można sobie darować. Najtrudniejszy odcinek da się pokonać na żywca, choć wymaga to odporności na ekspozycję i dużej pewności ruchów. Wrażenia? Niech wystarczy to, że po takich wyprawach trudno wrócić w zatłoczone góry, odnaleźć w nich piękno zakryte przez głośnych turystów, którym wydaje się, że są panami tego świata.


WIDOKOWA SLEMENOWA i FERRATA NA MALĄ MOJSTROVKĘ
Przełęcz Vršič — Vratica — Przełęcz Slatnica — Slemenova špica — Przełęcz Slatnica – Mala Mojstrovka — Vratca — Przełęcz Vršič
(podejście na Malą Mojstrovkę via ferratą)

czas przejścia: 7 godzin (ferrata 1,5 godziny)
   suma podejść: 900 m   trudność: **

Był skalny świat, niech będzie trochę lasu, trochę łąki, a na koniec piękna ferrata. Wycieczka jest bardzo różnorodna, niezwykle atrakcyjna krajobrazowo, do tego nie aż tak wyczerpująca. Z wielu miejsc na trasie rozciągają się wspaniałe panoramy, czas przejścia łatwo może się więc wydłużyć. Sama ferrata na Malą Mojstovkę to klasyk Alp Julijskich, podobno w sezonie droga jest bardzo zatłoczona. My odbyliśmy ją niemal w samotności, dużo przed nami w ścianę weszła czwórka Słoweńców, za nami nie było już nikogo.

Skalny mur Mojstrovki. Pokonanie jednej z tych ścian czeka nas na końcu wyprawy.

Naszą wyprawę zaczynamy na PRZEŁĘCZY VRŠIČ (1611 m n.p.m.). W sezonie tutejsze parkingi są płatne, a mimo to szybko się zapełniają. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że wyrusza się stąd na Prisojnik, jeden z najbardziej znanych szczytów Alp Julijskich, oraz równie popularną Malą Mojstrovkę. My, zanim zmierzymy się z ferratą, postanawiamy jeszcze odwiedzić uchodzącą za wspaniały punk widokowy Slemenovą špicę.

Już sama przełęcz Vršič zapewnia piękne widoki na szczyty Alp Julijskich. Później będzie jeszcze piękniej…

Szlak prowadzi nas początkowo na siodło zwane VRATICA (1807 m n.p.m.). Znajduje się tu rozstaj szlaków: w lewo można dojść do ferraty na Mojstrovkę, w prawo — na Slemenovą špicę. Odbijamy w prawo i urokliwą, łatwą ścieżką poprowadzoną w pobliżu górnej granicy lasu wędrujemy — raz nieco w dół, raz nieco do góry — na PRZEŁĘCZ SLATNICA (1815 m n.p.m.). Okazuje się ona rozległą trawiastą polanką z kilkoma wiekowymi modrzewiami i niezwykle malowniczym widokiem. Stąd w kilkanaście minut dość stromą ścieżką podchodzi się na SLEMENOVĄ ŠPICĘ (1911 m n.p.m.). Szczyt ma opinię jednego z najlepszych punktów widokowych Alp Julijskich. Szczególnie imponująco i pięknie prezentuje się z niego Jalovec, podobno najbardziej honorny wierzchołek tych gór. Sama Slemenova opada w doliny stromymi skalnymi ścianami, miejsca na szczytowej platformie jest więc niewiele.

Otoczenie przełęczy Slatica (↑) i widok na skalny mur szczytów ze Slemenovej špicy (↓). Z lewej jeden z wierzchołków Mojstrovki, w środku — pięknie ciosany Jalovec.

Na Slemenovej spędzamy trochę czasu, delektując się widokami. W końcu ruszamy na podbój ferraty. Dojście do niej wiedzie polami piargów i płatami śniegu. Żelazną drogę poprowadzono północną ścianą Mojstrovki, śnieg u jej podstawy utrzymuje się więc stosunkowo długo. Mieliśmy szczęście, że przed nami w ścianę weszli Słoweńcy, inaczej długo szukalibyśmy miejsca startu ubezpieczonej drogi. Powód? Kilkadziesiąt początkowych metrów ferraty skrywała zlodzona pokrywa — żeby dostać się do pierwszej odkrytej stalowej liny, trzeba było pokonać pod górę stromy płat śniegu, a potem przekroczyć ziejącą chłodem głęboką szczelinę brzeżną. To się nazywa mocne otwarcie drogi!

Ferratowa ekwilibrystyka w wykonaniu Wawka w załupie (↑) oraz środkowa część drogi (↓).


Sama ferrata wyceniana jest na B|C lub C (umiarkowanie trudna, miejscami dość trudna), jej pokonanie zajmuje 1,5 godziny (530 m przewyższenia). Trudność polega na sporej ekspozycji, a nie wielkich technicznych wymaganiach. Nie ma tu odcinków typowo siłowych, przewieszonych ścianek, w zamian, co może przyprawiać o szybsze bicie serca, na trasie jest kilka fragmentów niezabezpieczonych stalową liną z niezłą lufą pod nogami. Niektóre z tych odcinków trzeba pokonać, trzymając się kołków wbitych w ścianę i stawiając nogi na metalowych klamrach. Bezpieczeństwo jest iluzoryczne, w razie poślizgnięcia — lot gwarantowany. Może to stresować, tym bardziej jeśli wie się, że większość śmiertelnych wypadków turystów w Alpach Julijskich, to wynik poślizgnięcia i odpadnięcia od ściany. Gwoli ścisłości muszę jednak dodać, że takie odcinki są bardzo krótkie, ot trzy, cztery kroki do postawienia i po bólu. Jeżeli okaże się to dużym wyzwaniem, na granicy przejścia, wówczas lepiej odpuścić sobie inne ferraty Alp Julijskich, są one znacznie bardziej eksponowane, no i nieco trudniejsze technicznie.

Końcówka ferraty, czyli piękna graniowa wspinaczka już bez sztucznych ubezpieczeń.

Początek ferratowej drogi prowadzi załupą w dość dużej ekspozycji. Później droga nieco łagodnieje, wiodąc systemem skalnych półek, by wyprowadzić ponad krawędź ściany. Stąd, jak dla mnie, rozpoczyna się najładniejszy fragment trasy — pokonujemy już bez sztucznych ubezpieczeń usianą głazami i kamulcami grań. Prosta, ale efektowna wspinaczka pozwala nacieszyć się skalnym światem. Widoki przepyszne, wiatr urywa głowę, surowość miejscami eksponowanego głazowiska oszałamia… Kiedy stajemy na szczycie MALEJ MOJSTROVKI (2332 m n.p.m.) i widzimy drogę zejściową, robi się żal, że ferrata już za nami. Wkładamy wszystkie ciuchy, jakie mamy, i rozsiadamy się na krótki odpoczynek. Po chwili jest już przy nas wrończyk, należą mu się przecież okruchy.

Na szczycie Malej Mojstrovki. W tle Jaloviec.

Zejście oczywiście strome, polami piargów. Nie jest jednak tak źle, tym razem widać nawet coś na kształt ścieżki. Najtrudniejszy odcinek pojawia się dużo poniżej szczytu. To stromy żleb z kruchymi skałkami. Szlak jest tu mocno zerodowany, robi się bardzo ślisko i mało komfortowo. Na szczęście odcinek ten nie jest zbyt długi, po nim przyjemna leśna ścieżka sprowadza już na parking na przełęczy Vršič.

Nieprzyjemny żleb, który trzeba pokonać podczas zejścia.


*
W pozostałe dni pogoda nie nastrajała do długich, trudnych graniowych wędrówek. Przelotne deszcze, burze i zimny wiatr — temperatura oscylowała w dolinach w granicach 10 stopni, wyżej schodziła w okolice zera. Każdego dnia wyruszaliśmy na szlak, ale trasy prowadziły na niższe szczyty, nieprzekraczające 2000 metrów wysokości. Poszliśmy:
  • na Ciprnik (1745 m n.p.m.) — trasa okazała się wyczerpująca; 1000 metrów przewyższenia do pokonania, bardzo strome i długie podejście, w kopule szczytowej ubezpieczenia; w zamian mimo deszczu i dużego zachmurzenia majestatycznie groźne widoki; po zejściu do Planicy odwiedziliśmy jeszcze kompleks skoczni narciarskich
  • do biwaku III (1340 m n.p.m.) — bardzo ładna trasa pozwalająca poznać dolinę Martuljek; z odwiedzeniem wszystkich atrakcyjnych miejsc to całodniowa wycieczka; po drodze skalny kanion potoku, dwa wodospady (dojście do drugiego miejscami ubezpieczone), kaplica ludzi gór, schron (czyli biwak) dla wspinaczy (dojście dłuższym fragmentem ubezpieczonym), niezwykle surowe dno kotła Za Akom… Można jeszcze odwiedzić drugi biwak, ulewa niestety pokrzyżowała nam te plany.
  • do źródła Soczy z Trenty — półdniowa urokliwa trasa ścieżką zwaną Obsoška pot do Koča pri izviru Soče, stamtąd w kilkanaście minut do źródła (dojście ubezpieczone, ale łatwe) 
  • do wąwozu Vintgar i Bledu — tego dnia pogoda była wyjątkowo zła, wybraliśmy się więc na spacerową trasę przez malowniczy wąwóz Vintgar; to jedna z wielkich atrakcji Alp Julijskich, wstęp jest płatny; na obiad pojechaliśmy do pobliskiego Bledu, znanego kurortu.
Inny wymiar Słowenii — malowniczy Bled.