Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty

15 października 2014

POLICA: jesienny dzień w Paśmie Babiogórskim

Zawoja Mosorne — wodospad na Mosornym Potoku — grzbiet Mosornego Gronia — Hala Śmietanowa — Kiczorka — Polica — Przełęcz Kucałowa — schronisko na Hali Krupowej — Okrąglica — Pod Halą Śmietanową — Zawoje Mosorne
(szlak niebieski — żółty — czerwony — zielony — niebieski)

czas przejścia: 7 godzin    suma podejść: 1100 m    dystans: 18 km    trudność: **
infrastruktura: schronisko na Hali Krupowej

Wyruszyliśmy na tę trasę dla wodospadu. Cała reszta, czyli całodzienna wędrówka grzbietem Policy, była tylko przy okazji. I nie da się ukryć, że kaskada na Mosornym Potoku, okazała się najmocniejszym punktem trasy. Szlaki trochę nas rozczarowały, głównie dlatego, że pogoda nie sprzyjała widokom, a te są ponoć przednie i głównie po nie wyrusza się w te okolice. Wiatrołomy i wyraźnie szykujący się do zimy las nie nastrajały pozytywnie. No i turystów nie brakowało, my tymczasem zdążyliśmy się już odzwyczaić od towarzystwa na szlaku. Ale były też piękne momenty i o nich w opisie wyprawy.

Narzekasz na piekło na ziemi?
Idź w góry, tam na szczytach będziesz bliżej nieba.
[fragment jednej z inskrypcji w kaplicy na Okrąglicy]

Na trasę wyruszyliśmy z ZAWOI MOSORNE. Da się tam zaparkować w pobliżu miejsca, gdzie niebieski szlak odbija w góry — 200 metrów za odbiciem, tuż przed szlabanem zamykającym wjazd do lasu, duże pobocze pozwala zostawić auto na dłużej. Kto chce, może się stąd cofnąć do szlaku i po 20 minutach dotrzeć do WODOSPADU (miejsce odbicia oznakowano). My skorzystaliśmy ze ścieżki prowadzącej tuż nad potokiem. Oznaczało to kilka śliskich kamieni do przebycia i przeprawę na drugi brzeg (obyło się bez zmoczenia nóg), ale już po 5 minutach mogliśmy cieszyć oczy wodą spadającą z hukiem w dół. Miejsce ma swój klimat, w przenośni i dosłownie. Kilkumetrowa kaskada jest zwyczajnie ładna, a ponieważ potok tworzy tu dość głęboki jar, słońce rzadko do niego zagląda, powietrze zaś jest przesycone wilgotnością. Na kontemplacji wodospadu i robieniu zdjęć zeszło nam dobre pół godziny. Zostalibyśmy dłużej, ale przed nami było sporo kilometrów do zrobienia, a październikowy dzień nie trwa zbyt długo.

Wodospad na Mosornym Potoku. Woda spada
z 8-metrowej wysokości kilkoma progami, odsłaniając
poziomo poukładane warstwy fliszu karpackiego.

Znad wodospadu na niebieski szlak wyprowadza krótka, ale bardzo stroma ścieżka. Została ubezpieczona poręczami, co docenia się, kiedy nawet najlepsze górskie buty mają problem z zapewnieniem dobrego oparcia na wyślizganym zboczu. Dalsza godzinna wędrówka lasem nie należy do zbyt interesujących. Monotonię przerywają jedynie strome, kilkuminutowe podejścia. W końcu las rzednie i wychodzimy na grzbiet Mosornego Gronia. Pomiędzy drzewami miga masyw Babiej Góry. Niestety, choć wędrujemy w słońcu, Królową Beskidów przykrywa zwarta czapa chmur. Ze zdjęć nici, a przecież dzieli nas tak niewielka odległość. Ruszamy w stronę Kiczorki, mając nadzieję, że może tam dopisze nam więcej szczęścia. Ścieżka łagodnie to wznosi się, to opada, prowadząc wygodnym duktem w otoczeniu starego boru. Nagle znaki odbijają w lewo i bez ostrzeżenia zaczynają ostro piąć się pod górę. Ten, kto wyznaczał przebieg szlaku, na tym odcinku nie bawił się w ułatwienia i zakosy, poprowadził trasę prosto jak strzelił po zboczu. Podejście daje w kość, ale na szczęście nie jest długie. Goniąc Wawka, pomykającego bez trudu do góry, zziajani i z urywanym oddechem, dochodzimy do Hali Śmietanowej, całkowicie zarośniętej, a kilka minut później, już z lepszymi minami, bo stok łagodnieje, osiągamy KICZORKĘ (inaczej Cyl; 1298 m n.p.m.). I tu kolejne rozczarowanie. Szczyt, do niedawna najlepszy punkt widokowy w Paśmie Policy, niemal całkowicie zarósł. Widoki na Babią rozciągają się jeszcze z małej polanki tuż poniżej szlaku. Ale Diablak dziś nas nie lubi i ciągle skrywa się za chmurami. Skoro tak, bez postoju wędrujemy dalej, na Policę.

W rezerwacie Na Policy. Chroni się tu wysokogórski bór świerkowy. W styczniu 2014 roku halny poczynił na tym terenie duże szkody. Wyrwane z korzeniami drzewa, konary zalegające na szlaku, pochylone pniaki… Wędrówka, zwłaszcza w drugiej części rezerwatu, od strony Przełęczy Kucałowej, może się podobać. Pozwala poczuć siłę przyrody. I krótkie wyjaśnienie, bo na mapach bywa to błędnie oznaczone: na stokach Policy utworzono dwa rezerwaty. Graniczą one ze sobą wzdłuż ścieżki, którą przebiega grzbietowy szlak czerwony: rezerwat Na Policy im. prof. Zenona Klemensiewicza zajmuje północne stoki szczytu (gmina Zawoja), a rezerwat Na Policy — południowe (gminy Bystra-Sidzina). W obu ochronie podlega naturalny górnoreglowy bór świerkowy, ostoja m.in. rzadkiego głuszca. Całe Pasmo Policy należy natomiast do sieci Natura 2000.

Prowadzi nas teraz czerwony szlak — Główny Szlak Beskidzki. Wędrujemy zalesionym grzbietem, idzie się szybko i bez problemu. Od czasu do czasu mijamy okupacyjne słupki graniczne, które wyznaczały przebiegającą tędy granicę między niemieckim Generalnym Gubernatorstwem a słowackim państwem księdza Tiso. Wchodzimy na teren rezerwatu Na Policy. Widok nas przygnębia. Zbocze schodzące w kierunku Zubrzycy to ogromny wiatrołom z uschniętymi drzewami. Do tego zbrązowiałe trawy, na wpół uschnięte badyle i niebo zasnute chmurami… Smutno. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno tutejsze lasy opisywano jako dzikie ostępy. Poręby odsłoniły widoki, ale w pochmurny jesienny dzień trudno o zachwyt nad krajobrazem. Mijamy pomnik upamiętniający katastrofę, która rozegrała się w tej okolicy w 1969 roku. Na stokach góry rozbił się wówczas samolot, a powody katastrofy wciąż nie zostały wyjaśnione. Docieramy na szczyt POLICY (1369 m n.p.m.), ale ponieważ nie jesteśmy zmęczeni, rezygnujemy z odpoczynku. I wtedy dzieją się czary. Znikąd pojawia się mgła i wszystko nabiera tajemniczego piękna. To magiczne chwile tej wędrówki — znajdujemy się w bajkowym świecie, niczym Alicja w krainie czarów. Choćby dla tej jednej chwili, warto było ruszyć się z domu.

Ileż zmienia mgła :-). Wydaje się, że to niemal dzika knieja. Mimo jesieni wciąż zielona.

Kiedy opuszczamy rezerwat, mgła ustępuje, a wraz z nią magia. Znów otacza nas smutny jesienny las. Słońce całkowicie kryje się za szarymi chmurami, widoków nie ma. Rezygnujemy z wdrapania się na Złotą Grapę. Kopulasty szczyt słynie z panoramy, ale ponieważ i tak niczego oprócz czapy chmur nie zobaczymy, po co tracić czas. Tym bardziej że południe dawno już minęło, a my nie jesteśmy nawet w połowie drogi. PRZEŁĘCZ KUCAŁOWA wita nas małym tłumem wędrowców i rowerzystów. Tłum okupuje również niewielkie SCHRONISKO. Spędzamy w nim tylko tyle czasu, ile wymaga zamówienie zupy i jej pochłonięcie, a potem ruszamy na OKRĄGLICĘ (1239 m n.p.m.), do kaplicy Matki Bożej Opiekunki Turystów. Drewniany obiekt, nawiązujący wyglądem do pasterskiego szałasu, zbudowano potajemnie w 1987 roku. Przez długi czas prowadząca do niego ścieżka znana była tylko wtajemniczonym. Kaplica otoczona leśnymi ostępami byłaby niezwykle urokliwa, gdyby nie ogromny maszt telekomunikacyjny stojący tuż obok niej. Najwyraźniej w taki dzień jak ten niewiele rzeczy jest nas w stanie zachwycić.

Tablice w kaplicy Matki Bożej Opiekunki Turystów upamiętniające ludzi gór.

Przed nami już tylko zejście z gór. Długie, bo ponad 3-godzinne. Żeby nie wracać do samochodu tą samą trasą, postanawiamy zapoznać się z zielonym szlakiem biegnącym północnym zboczem Policy. Wiedzie on skrajem rezerwatu im. Zenona Klemensiewicza. Wybór okazuje się świetny, choć oznacza ponadgodzinne nadłożenie drogi. Wąziutka zarastająca ścieżyna, dzikie leśne ostępy i cisza, żadnego turysty na szlaku. Gdyby nie zmrok, który zaczyna ogarniać świat, gdy my jesteśmy jeszcze wysoko w górach, byłaby pełnia szczęścia. Prawdziwe obcowanie z przyrodą. Ze zdjęć znowu nici — dzicz piękna, ale światła jak na lekarstwo. Musimy jeszcze tu wrócić. Teraz gonimy, bo z zielonego szlaku czeka nas odbicie na niebieski i ponowne wdrapanie się na grzbiet pasma, a potem zejście nad wodospad. Wycieczkę kończymy po ciemku, zmęczeni, ale zadowoleni. Kto by przypuszczał, że końcówka okaże się tak udana ;-).

11 lipca 2014

BABIA GÓRA: na audiencji u królowej Beskidów

Zawoja Markowa – Schronisko Markowe Szczawiny – Perć Akademików – Babia Góra (Diablak) – Przełęcz Brona – Mała Babia Góra – Żywieckie Rozstaje – Fickowe Rozstaje – Zawoja Czatoża – Zawoja Markowa
(szlaki: zielony – żółty – czerwony – zielony – czerwony – żółty – niebieski)


czas przejścia: 8 godzin    suma podejść: 1300 m    dystans: 20 km    trudność: ***
infrastruktura: schronisko na Markowych Szczawinach

Po łatwym zdobyciu Babiej dwa lata temu (lajtową trasą z Krowiarek) postanowiliśmy podnieść poprzeczkę i zmierzyć się z Królową Beskidów iście po królewsku. Obmyśliliśmy trasę i długą, i z dużym przewyższeniem, mając w planach zdobycie góry Percią Akademików, najtrudniejszym szlakiem prowadzącym na szczyt, ubezpieczonym na krótkim odcinku łańcuchami i klamrami. Czekała nas prawdziwa górska wyrypa i z niecierpliwością wyglądaliśmy stabilnej pogody. Góra należy do nieco nieobliczalnych, a my mieliśmy wędrować z dzieckiem, zależało nam więc na naprawdę dobrej aurze. Nie bez powodu Babią zwie się kapryśnicą, latem często zdarzają się tu gwałtowne burze, zimą natomiast śnieżne zamiecie były przyczyną niejednej tragedii.
Pozieroj se Babio Góro,
Bo zaroz cie dostane.
Bacz ino jak cie Diabloku
Załatwie na amen.
[Agnieszka Osiecka Cała góra barwników]
W pierwszą sobotę lipca doczekaliśmy się. Prognozy zapowiadały słoneczny dzień bez deszczu, raniutko zapakowaliśmy się więc do samochodu i przed dziewiątą byliśmy na parkingu w przysiółku ZAWOI — MARKOWA, gdzie znajduje się jedno z wejść do Babiogórskiego Parku Narodowego. Wieś nie ma zbyt długich dziejów — pierwsza o niej wzmianka pochodzi z połowy XVII wieku, choć wcześniej na tych terenach pomieszkiwali Wołosi. Był to lud koczowniczy, zajmujący się wypasem bydła i owiec, który przemieszczał się wzdłuż łuku Karpat. Po dotarciu do Beskidów wielu Wołochów zdecydowało się porzucić wędrowny tryb życia i osiąść na stałe — starości zarządzający beskidzkimi ziemiami dali im wiele korzystnych przywilejów, niewielu innych osadników chciało bowiem gospodarzyć na ubogiej i trudno dostępnej ziemi.

Na wpół dziki, wyniosły masyw Babiej Góry objęto ochroną jako park narodowy w 1954 roku.
To jedyne pasmo w Beskidach z kompletną strefowością wysokogórską. Występują tu piętra roślinne analogiczne do pięter w górach wysokich, na przykład w Tatrach. Inne beskidzkie wierzchołki mają tylko piętra regla dolnego i górnego, Pilsko szczyci się dodatkowo piętrem kosodrzewiny, a Babia dokłada do tego piętro alpejskie — przytulonych do skał niewielkich roślin zielnych.

Do schroniska na Markowych Szczawinach jest z Markowej 3,5 kilometra. Zielony szlak, który do tam prowadzi, początkowo wiedzie przyjemną leśną drogą. Nie dajmy się jednak zwieść płaskiemu odcinkowi. Znaki szybko porzucają dukt i zaczynają wspinać się kamiennymi schodami ostro pod górę. W najbardziej stromych miejscach zamontowano drewniane poręcze. W godzinę pokonujemy 500 metrów przewyższenia, a to oznacza trochę wylanego potu. Może dlatego na szlaku nie było tłoku, większość turystów wybiera wejście na Babią od strony Krowiarek. Jakieś 200 metrów przed dotarciem do schroniska mija się niewielką Kolistą Polanę, na której niegdyś funkcjonowało pole biwakowe. Dziś rozbijanie namiotów jest zabronione, a polana zarasta, oferując szczątkowy widok.

Dochodząc do SCHRONISKA, mieliśmy ochotę na małą przerwę. W niewielkiej chatce tuż obok budynku znajduje się ciekawe minimuzeum przybliżające dzieje rozwoju turystyki na tym terenie. Tym razem zrezygnowaliśmy jednak z jego odwiedzenia. Zatrzymaliśmy się tylko na herbatę i ciastko, a potem ruszyliśmy dalej, bo przed nami było jeszcze mnóstwo kilometrów do zrobienia. No i Wawek poganiał, Perć Akademików ciągnęła go jak magnes. Za znakami żółtymi i w małym tłumie osób, chcących jak my zdobyć Babią tym trudnym szlakiem, ruszyliśmy na audiencję u Królowej Beskidów.

Schronisko na Markowych Szczawinach było najstarszym
w Beskidach Zachodnich. Powstało w 1906 roku jako polska odpowiedź na
obiekt zbudowany rok wcześniej pod szczytem Babiej z drugiej strony masywu
przez niemiecką organizację turystyczną Beskidenverein (ruiny, właściwie
stos kamieni, do odnalezienia, idąc od strony orawskiej Przywarówki).
[zdjęcie pochodzi z portalu Fotopolska.eu, autor E. Moskała, 1977]
Wiele osób zapewne pamięta stare schronisko, pokazane na fotografii
powyżej. Niestety, w 2006 roku musiano je rozebrać, belki były tak zgniłe,
że niczego nie udało się uratować. Obecny obiekt, nowoczesny i w wyglądzie,
i w wyposażeniu, może nieco przytłaczać rozmiarami. Wielkość budynku
to odpowiedź na ciągle wzrastający ruch turystyczny w tym rejonie.

PERĆ AKADEMIKÓW trawersuje północne zbocze masywu poznaczone rumowiskami skalnymi. Szlak, choć niezbyt długi, jest jednym z najciekawszych i najtrudniejszych w polskich Beskidach. Został wyznakowany już w 1925 roku przez Władysława Midowicza, autora licznych przewodników i znakarza. Początkowo zwano go Percią na Babią Gorę, później Percią Taternicką. Ostatecznie o jego oficjalnej nazwie zadecydował Midowicz. Dlaczego jednak nazwał go Perć Akademików? Tego nie udało mi się ustalić. Perć zaczyna się na tzw. Zakręcie Ratowników. Żółty szlak odbija tam w wąską ścieżynę biegnącą ostro pod górę. Od razu robi się też pięknie i interesująco. Ten fragment trasy to wędrówka w niemal dziewiczym krajobrazie — z majestatycznych świerków zwisają porosty, a w podszyciu panoszą się ogromne paprocie. Gdyby nie inni turyści, można by poczuć się jak w bajce (jak mieliśmy się przekonać, ta bajka czekała na nas w drugiej części wyprawy). Kiedy dociera się do górnej granicy lasu, sceneria robi się zupełnie inna niż ta, do której przyzwyczajają Beskidy. Wkracza się w świat skał i żlebów.

Perć jest szlakiem jednokierunkowym, podejściowym. Niektórzy turyści ignorują tę zasadę, bo… komuż
przeszkadza, że sobie zejdą. Trzeba dużej bezmyślności lub braku obycia z górami, by tak myśleć. Ci, co idą
z dołu, w kluczowych momentach nie widzą, czy ktoś schodzi z góry, w dodatku łatwo strącić na podchodzących kamień, a nawet lawinkę. Rodzicom z młodszymi dziećmi odradzamy wyruszanie na ten szlak.

Perć, jak zbadał ktoś dociekliwy, oznacza: 1344 metrów wędrówki po najbardziej stromym zboczu Babiej Góry; 3072 schody (179 z drewna, 2893 z kamieni i skał) do pokonania; 545 metrów różnicy wzniesień do zaliczenia oraz zmierzenie się z 3 trudniejszymi odcinkami zabezpieczonymi łańcuchami i z 8-metrową pionową ścianą — Czarnym Dziobem, po której wchodzi się korzystając z 6 klamer oraz łańcuchów. Dla niektórych może brzmieć to nieco przerażająco, ale tak naprawdę przy dobrej pogodzie szlak jest do przejścia dla średnio wyrobionego turysty. Z dziećmi trzeba jednak bardzo uważać. Po skałach spływają strużki wody, w miejscach ubezpieczonych bywa naprawdę ślisko. Trudny technicznie jest zwłaszcza odcinek z klamrami — odstępy między nimi są duże, przygotowane z myślą o dorosłych, dzieci trzeba więc podsadzać i uważnie asekurować. Na szlak powinno się wyruszać z dziećmi co najmniej 10-letnimi, obytymi w górach. Z nami wędrowali tatusiowe (z racji olbrzymich brzuchów z trudnością pokonujący każdy stopień) z 6-letnimi dziewczynkami, przy czym ci dorośli zdawałoby się ludzie nie mieli pojęcia, że na wybranym przez nich szlaku są łańcuchy i klamry.

Pierwszymi eksploratorami Babiej byli zbójnicy. W XVII i XVIII wieku chronili się w jej masywie.
W 1804 roku szczyt zdobył Stanisław Staszic (w celach naukowych, interesowała go geologia masywu), typowo turystycznie jako pierwszy zawitał tu Ludwik Pietrusiński, literat, dziennikarz i obieżyświat z Warszawy. Wdrapał się na wierzchołek Diablaka w 1843 roku. O opis wierzchołka pokusił się natomiast ksiądz Rzączyński (ten sam, który jako pierwszy zdobył Pilsko) — szczyt Babiej oblał morzem, a na górze umieścił jezioro, w którym pływały „ryby ciemną łuską okryte”. Dziś mało kto wierzy, by ksiądz naprawdę postawił nogę w tych okolicach. A nazwa masywu? Może ma coś wspólnego z podaniami, że na Babiej odbywały się zloty czarownic?

Po pokonaniu Czarnego Dziobu do szczytu jest już niedaleko. Nie ma jednak lekko. Znajdujemy się na gołoborzu, wędruje się po głazach, choć ułożonych dla wygody w coś, co można nazwać schodami. W końcu dociera się na najwyższy wierzchołek masywu Babiej Góry, czyli na DIABLAK (1725 m n.p.m.). Zazwyczaj okupuje go tłum ludzi i mocno na nim wieje. W południe, czyli w czasie największego zagęszczenia turystycznego, widok z wierzchołka jest co najwyżej wspaniały, oszołamiający robi się podczas zachodu lub wschodu słońca, kiedy ukośnie padające światło wydobywa szczegóły rysujących się na horyzoncie gór. Przy dobrej pogodzie doskonale widać stąd większość pasm Beskidów (Śląski, Żywiecki, Makowski, Mały, Wyspowy, Gorce) oraz Tatry i góry Słowacji — w sumie można doliczyć się co najmniej setki szczytów. Na Diablaku znajduje się kilka pamiątek pozostawionych przez ludzi zdobywających górę. Kamienne usypisko to dobra osłona przed wiatrem, podniszczony obelisk upamiętnia dotarcie „aż tak wysoko" arcyksięcia Józefa Habsburga w 1806 roku, jest też pomnik ku czci Jana Pawła II, w naturalnej kamiennej niszy figurka Matki Boskiej (ustawiona przez ratowników GOPR w 1984 roku jako wotum wdzięczności za ocalenie papieża z zamachu) oraz ułożony z kamieni stół ołtarzowy. Co roku około 15 września odprawiana jest tu msza za ratowników górskich i wszystkich ludzi odwiedzających Królową Beskidów.

Czerwony szlak wiodący grzbietem masywu Biabiej. Soczyście zielona trawa, szare głazy i piętrzące się
w oddali wierzchołki… Kwintesencja górskiej wyprawy. Dawniej zbocza Babiej były wypasane,
po utworzeniu parku narodowego owce wypędzono jednak z hal, a tereny zarastają kosodrzewiną.

Czas ruszyć w dalszą drogę. Czerwony szlak z Diablaka na przełęcz Brona jest niezwykle malowniczy. Wędruje się grzbietem, wokół rozciągają się piękne widoki. Wygodna kamienista ścieżka sprawia, że nogi same niosą. Niecałą godzinę później osiągamy siodło i bez zatrzymywania skręcamy za zielonymi znakami na MAŁĄ BABIĄ GÓRĘ (1517 m n.p.m.), zwaną inaczej Cylem. Podejście jest krótkie, 30-minutowe, ale miejscami dość strome. W tej części masywu nigdy jeszcze nie byliśmy. Zaskakuje nas pustka — ludzie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zniknęli. Jest cicho, nad nami błękitne niebo, wokół kosówka… Idylla. Z wierzchołka Cyla roztacza się szeroka panorama, podobna do tej z Diablaka. Zbocza od strony słowackiej opadają łagodnie w dół i porośnięte są krzakami borówek. Jest tak sielsko, że rozkładamy się na trawie, by przez chwilę kontemplować otoczenie. Kilka osób, które dochodzi od strony słowackiej, nie zakłóca panującego spokoju.

Brama na słowacką część Małej Babiej, a za nią morze gór i borówek (tych akurat nie widać  :). Mała Babia
jest trzecim co do wysokości szczytem w polskich Beskidach (po Diablaku i Pilsku). Jej północne zbocza
(od strony polskiej) kończą się olbrzymim osuwiskiem Zerwy Cylowej. Z jego powodu od kilku lat nie można
już korzystać ze szlaku idącego z Fickowych Rozstajów do schroniska na Markowych Szczawinach [na stronie schroniska widnieje informacja, że szlak jest otwarty, przy Fickowych Rozstajach widnieje tymczasem tablica, że na szlak nie wolno wchodzić – ot chaos informacyjny, który w górach nie powinien mieć miejsca].

Kiedy wreszcie ruszamy dalej zielonym szlakiem na Żywieckie Rozstaje (w stronę Przełęczy Jałowieckiej), jesteśmy oszołomieni słońcem i krajobrazami. Tymczasem dalej robi się wręcz baśniowo. Wąska ścieżyna wije się pośród kosówek i wyniosłych drzew, robi się dziko, a wrażenie to podkreśla jeszcze pustka na szlaku. To magiczny odcinek naszej wyprawy, zupełnie niespodziewany. I całkiem długi – wśród zapomnianego krajobrazu leśnych ostępów wędrujemy niemal godzinę. Na Żywieckich Rozstajach żegnamy bajeczne pejzaże i wkraczamy za czerwonymi znakami w las. Prowadzi też tędy ścieżka przyrodnicza. Połogi trakt szybko i bezboleśnie doprowadza nas do Fickowych Rozstajów, na których odbijamy w lewo, w żółty szlak schodzący do Zawoi Czatoży.

Zielony szlak na Żywieckie Rozstaje wiedzie częściowo przez obszar objęty ochroną rezerwatową.
Nie ingeruje się tu w przyrodę, stąd wrażenie dzikości i pierwotności, jeśli pominąć oczywiście przygotowaną
dla turystów kamienną ścieżkę.

Zbliżamy się do końca wyprawy. Wędrujemy przez Knieję Czatożańską, zachowany w całkiem dobrym stanie fragment prastarej puszczy karpackiej. Rosnące tu jodły i świerki robią imponujące wrażenie. Ich wysokość często przekracza 40 metrów, a wiek 250 lat. Mijamy odbicie do Grubej Jodły, do niedawna najpotężniejszego drzewa babiogórskich lasów, mającego obwód 6 metrów i wiek ponad 500 lat (dziś wielkość jodły obrazuje już tylko zrekonstruowana dolna część pnia), a potem dochodzimy do szutrowej drogi w dolinie potoku Jałowiec. Po chwili witają nas zabudowania Czatoży, a wśród nich stare, chylące się ku upadkowi piwniczki. Przebyte kilometry dają o sobie znać. Kiedy odbijamy w niebieski szlak, by dotrzeć do Markowej i samochodu, wleczemy się noga za nogą. Odcinek, który powinniśmy pokonać w 25 minut, zajmuje nam niemal dwa razy tyle czasu. Zmęczeni, ale pełni wrażeń, nie mamy już siły, by odwiedzić skansen w Zawoi, choć rano mieliśmy takie plany. W domu jednogłośnie stwierdzamy, że wyrypa była przepiękna :-).


17 kwietnia 2014

PILSKO: na górę zbójników z Korbielowa

Korbielów — Przełęcz Przysłopy — Uszczawne — Skałka — Hala Miziowa — Góra Pięciu Kopców — Pilsko — Góra Pięciu Kopców — Hala Miziowa — Korbielów
(szlaki: niebieski — czarny — zielony — żółty — czarny — żółty)

czas przejścia: 5,5 godziny    suma podejść: 1000 m    dystans: 16 km    trudność: ** infrastruktura: schronisko PTTK na Hali Miziowej

Wybieraliśmy się na tę górę od roku, ale zawsze trafialiśmy na inny szlak. W końcu jednak trzeba było zdobyć drugi co do wysokości szczyt polskich Beskidów. Tym bardziej że Wawek, który zna masyw Pilska z narciarskiej scenerii, bardzo chciał poznać inne oblicze tych terenów. Najwyższy punkt masywu leży po słowackiej stronie i to również stanowiło atrakcję wyprawy. I choć zabrakło strażniczej budki z wopistą w środku, były barwne opowieści, jak to drzewiej bywało, słuchane przez Wawka z pewnym niedowierzaniem :). Dziś trudno nawet zauważyć, kiedy przekracza się granicę. Suma podejść na trasie, choć znaczna, nie jest nadmiernie odczuwana. To naprawdę fajna pętla.
Jeśli zachowam w sercu zieloną gałąź,
przyleci śpiewający ptak szczęścia
[przysłowie chińskie]
Ustalając przebieg wycieczki, postanowiliśmy zdobyć Pilsko z KORBIELOWA, czyli tak jak większość turystów, tyle że mniej uczęszczaną, bo nie najkrótszą trasą. To prawie zawsze gwarantuje pustki na szlaku i namiastkę bliskiego kontaktu z przyrodą. Samochód zostawiliśmy na parkingu tuż przy drewnianym zajeździe Smrek (jadąc główną drogą od strony Żywca po prawej stronie). Trudno przegapić to miejsce, zbiega się tam większość korbielowskich szlaków. Wieś, rozległa i malowniczo położona, ma całkiem długą historię. Została założona w XVI wieku (prawdopodobnie, bo nie ma na to pisemnych dowodów) przez Wołochów, wędrownych pasterzy wywodzących się aż z Półwyspu Bałkańskiego, ale zrobiło się o niej głośno sto lat później z powodu… zbójników. W XVII wieku, złotej erze góralskich harnasiów, szczególnie dużo wywodziło się ich właśnie z Korbielowa. Okolica Pilska, porośnięta puszczańskimi ostępami, zapewniała im doskonałe kryjówki.

Domki Korbielowa i górująca na horyzoncie Babia… Nazwa Korbielów pochodzi podobno od nazwiska Korbiel. Nieco inaczej widzi to Andrzej Komoniecki. W swoich XVII-wiecznych kronikach wywodzi ją od zbójnickiego powiedzenia w torbie łów. Miejscowa tradycja wspomina natomiast o strażnikach przełęczy, którymi wróg mógł się dostać na Żywiecczyznę. Zwano ich korbielami.

Niebieski szlak, którym początkowo wędrujemy, prowadzi na niewielką PRZEŁĘCZ PRZYSŁOPY. Ze ścieżki co i rusz rozpościerają się widoki na wieś. Horyzont od strony Korbielowa zamyka potężny masyw Babiej Góry. Okolica jest sielska, a zdobywanie wysokości niezbyt uciążliwe. Na szlaku nie spotykamy żywej duszy. Dopiero na przełęczy, gdzie niebieski szlak się kończy, a my odbijamy za czarnymi znakami, pojawiają się turyści. Ponieważ podejście na siodło niezbyt nas zmęczyło (choć końcówka nie należy do lajtowych :-), bez odpoczynku maszerujemy dalej. Czarny szlak okazuje się bardzo malowniczy. Prowadzi nim również ścieżka przyrodnicza (wiedzie aż do Hali Miziowej), a jej tablice pozwalają poznać ciekawostki na temat flory i fauny tych terenów. Ten odcinek trasy (i dalej za zielonymi znakami do schroniska na Miziowej) to właściwie przyjemny spacer. Wysokość zdobywa się powoli, a niespieszna wędrówka z widokowymi polanami pozwala nacieszyć się tym wszystkim, z czym wiążą się góry.

Skałka (1235 m n.p.m.) — niewybitny, zalesiony
szczyt, który mija się, wędrując szlakiem zielonym
na Halę Miziową. Nazwa wzięła się
od licznych w okolicy bloków skalnych.

O tym, że zbliżamy się do SCHRONISKA, świadczy wzrastająca liczba turystów. Na hali przed budynkiem można już mówić o tłumie. W pobliże Miziowej, na Halę Szczawiny, dociera wyciąg krzesełkowy, ruch jest więc duży. Na pobyt w schronisku warto przewidzieć co najmniej godzinę — tłok powoduje, że na jedzenie trochę się czeka. I nawet jeśli nie zamierzamy korzystać z tutejszej jadłodajni, na odpoczynku zejdzie nam trochę czasu — panorama rozciągająca się spod schroniska jest na tyle ładna, że trudno od razu ruszyć w dalszą trasę. Hala słynęła z widoków już na początku XX wieku. O postawieniu w tym miejscu obiektu przyjmującego turystów myślano od 1906 roku, dopiero jednak w 1930 przekuto te plany w konkret. Drewniany budynek z przeszkloną werandą oglądany na starych pocztówkach wygląda niezwykle stylowo. Niestety, w latach pięćdziesiątych niedopałek nieuważnego turysty położył mu kres. Długo zastanawiano się potem, czy schronisko odbudować, miejsca noclegowe urządzono w zabudowaniach gospodarczych, których nie strawił pożar (dziś mieści się w nich niewielki bufet). Wzrastający ruch spowodował, że w końcu ruszono z pracami i od 2003 roku turystów przyjmuje przestronny budynek, który bardziej przypomina hotel niż górską chatę.

Dawne schronisko miało 170 miejsc noclegowych, sanitariaty z ciepłą wodą i światło elektryczne. Luksus. Na uroczyste otwarcie obiektu przybyło 1500 osób! [zdjęcie pochodzi z portalu: fotopolska.eu]

Czas jednak ruszyć na szczyt Pilska. Poprowadzi nas żółty szlak, nieco dłuższy od alternatywy — czarnego — ale o niebo piękniejszy. Ten drugi zostawmy sobie na zejście, wiedzie nudnym i stromym stokiem wzdłuż trasy narciarskiej (brzydota rozjechanego stoku aż kłuje w oczy), a jedyną jego zaletą jest to, że błyskawicznie sprowadza w dół. Natomiast żółty szlak prowadzi malowniczą kamienistą dróżką, najpierw piękną świerczyną z kępami paproci, a potem wśród wysokiej kosówki. Po drodze mija się symboliczny grób Franciszka Basika z Korpusu Ochrony Pogranicza, który poległ tu 1 września 1939 roku.

Żółty szlak wiedzie przez rezerwat Pilsko. Chroni się w nim górnoreglowy bór świerkowy. Franciszek Basik, którego upamiętnia żelazny krzyż, był jedną z pierwszych ofiar wojny.

Kopuła Pilska ma dwie kulminacje. Niższa znajduje się po polskiej stronie i zwana jest GÓRĄ PIĘCIU KOPCÓW (1542 m n.p.m.). Rozległa platforma szczytowa porośnięta jest kosówką i pokryta tu i ówdzie rumowiskiem skalnym. Kiedy opowiadamy Wawkowi, że w latach naszej młodości dalsza trasa, czyli wejście na główny szczyt Pilska, wymagała paszportu oraz zameldowania się u wopisty pełniącego dyżur w specjalnie postawionej budce, bardzo go to bawi. A gdy dodajemy, że jeszcze nieco wcześniej nawet nieumyślnie przekroczenie granicy biegnącej wierzchołkiem góry mogło zostać ukarane, patrzy na nas, jakbyśmy opowiadali mu bajki (nam też czasami nie chce się w to wierzyć :). Z Góry Pięciu Kopców na PILSKO (1557 m n.p.m.) wiedzie już tylko czarny szlak. Ładna widokowa ścieżka dosłownie po kilku minutach wyprowadza na porośnięty kępami kosodrzewiny i trawą wierzchołek. Roztacza się z niego piękna panorama. Przy dobrej pogodzie widać nie tylko całe Beskidy Zachodnie, ale też Tatry, Małą Fatrę i jezioro Orawskie.

Pierwszym znanym zdobywcą Pilska był żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku przyrodnik ksiądz Gabriel Rzączyński. Czy też podziwiał wówczas koronkę górskich szczytów? Słońce chowa się za chmury, topiąc daleki plan w niebieskich szarościach. Idzie deszcz.

Na wierzchołku spędzamy trochę czasu. Wyganiają nas w końcu gęstniejące chmury. Schodzimy czarnym szlakiem na Halę Miziową i nie zatrzymując się w schronisku, uciekamy przed deszczem i burzą w dół — żółtym szlakiem do Korbielowa. Trasa przecina kilka leśnych dróg, które w zimie pełnią rolę nartostrad. Oznakowanie nie jest najlepsze, zgubić się jednak trudno. Szlak, zwłaszcza w środkowej części, może się podobać, nie oferuje widoków, ale wąskiej leśnej ścieżce trudno odmówić uroku. A potem już tylko cywilizacja, przynajmniej do następnego wypadu :).

Ołtarz i krzyż na Pilsku zostały wzniesione przez mieszkańców słowackiej wsi Mutne w 2002 roku. Skąd jednak pochodzi nazwa szczytu, do końca nie wiadomo. Jest kilka teorii na ten temat. Nam najbardziej podoba się ta związana ze zbójnikami — Pilsko od popijaw, które urządzali niegdyś na szczycie okoliczni harnasie. Cudne.

8 kwietnia 2014

ROMANKA: tam, gdzie wciąż szumi pierwotny bór

Żabnica (Skałka) — Stacja turystyczna Słowianka — Romanka — Przełęcz Pawlusia — Schronisko PTTK na Hali Rysianka — Żabnica (Skałka)
(szlaki: czarny — niebieski — żółty — zielony)


czas przejścia: 6 godzin    suma podejść: 930 m    dystans: 16,5 km    trudność: **
infrastruktura: stacja turystyczna Słowianka, schronisko PTTK na hali Rysianka

Rejony Pilska, Romanki i Lipowskiej zawsze miały dla mnie nieodparty urok. Wiele lat temu, kiedy zaczynałam z nimi swoją przygodę, było tu cicho i bardzo odludnie, dziś o samotność nie jest tak łatwo, ale wciąż można ją odnaleźć na początku sezonu turystycznego lub wyruszając na szlak poza weekendem. Masyw Romanki, który leży nieco na uboczu najbardziej obleganych tras Beskidu Żywieckiego, nawet w szczycie sezonu zapewnia całkiem sporo spokoju. Na początku kwietnia, kiedy tędy wędrowaliśmy, spotkaliśmy na trasie dwie osoby. I nie byli to turyści, a biegacze najwyraźniej przygotowujący się kondycyjnie do lata. Trudniej natomiast zapomnieć w tym rejonie o cywilizacji — intensywnie prowadzona wycinka lasów w sposób katastrofalny niszczy krajobraz, a jęki pił i warkot ciągników niosą się po całym masywie. Ta smutna konotacja dotyczy zresztą nie tylko tego pasma.
Beskid wszedł [mi] w drogę
zaczął się za mną przekomarzać...
[Stanisław Gola]
Na trasę wyruszyliśmy z przysiółka Żabnicy — Skałki. Samochód można zostawić na małym placyku przed sklepem, gdzie znajduje się również przystanek PKS (autobusy z Żywca i prywatne busy, kursów niewiele, a w weekendy sporadyczne) oraz krzyżówka szlaków. Czarny szlak wiodący stąd do górskiej stacji turystycznej Słowianka nie jest ani widokowy, ani ładny — ot najkrótsza droga, by wydostać się z doliny w góry. Pierwszych kilkanaście minut to wędrówka szeroką gruntówką, potem zagłębiamy się w las i dość ostro, choć krótko, podchodzimy na siodło i halę Słowianka (856 m n.p.m.). Znajdująca się tu prywatna stacja turystyczna, rodzaj schroniska, oferuje noclegi i małe co nieco do picia i jedzenia. Poza sezonem obiekt bywa zamknięty, gospodarze mieszkają jednak tuż obok, można więc zawsze poprosić o otwarcie bufetu i zrobienie herbaty czy kawy.

Ogromny masyw Romanki. Trudno oderwać wzrok…
Tam przyjdzie się nam wdrapać. Szybko i męcząco.

Co zachwyca na Słowiance? Widok. Masyw Romanki robi stąd niezapomniane wrażenie – wyniosły, majestatyczny, pokryty ciemną ścianą smreków opada w dolinę stromymi stokami. Właśnie nimi przyjdzie nam wędrować. Niebieskie znaki, które nas poprowadzą, będą się pięły buńczucznie w górę, za nic mając zadyszkę wędrowca. Honorna góra i honorna trasa. Ale zanim zaczniemy zdobywać wysokość, szlak pozwala zebrać siły – przez kilkanaście minut wiedzie łagodnie szerokim ramieniem grzbietu, mijając porzucone drewniane zabudowania przysiółka Płone. Piętrząca się przed nami Romanka robi się coraz większa. W końcu znaki czerwone, które do tej pory towarzyszyły naszemu szlakowi, odchodzą w prawo, a my wkraczamy na najtrudniejszy odcinek dzisiejszej trasy – półtorej godziny na szczyt i 500 metrów przewyższenia do pokonania. Przygotujmy się duchowo na to, że czas podany na szlakowskazie może być trudny do zrealizowania, zwłaszcza jeśli nasza kondycja, na przykład po zimowej ospałości, pozostawia nieco do życzenia :-).

Połacie stoków pozbawione drzew przez wycinkę…
Widok przykry, tym bardziej że zawiniony przez człowieka.

Kwietniowa sceneria nie sprzyja temu, co widzimy. Bezlitośnie obnaża brzydotę ludzkich poczynań. Sterczące pieńki jako wspomnienie lasu, ambona tkwiąca na środku wzniesienia niczym wyrzut sumienia i głębokie koleiny po ciężkim sprzęcie — tyle pozostawia po sobie człowiek. Nawet ładne widoki na otaczające szczyty nie pomagają pozbyć się smutku tkwiącemu w zniszczonym krajobrazie. Na szczęście dla przyrody część starodrzewu na szczycie Romanki objęto rezerwatem, a że stok szybko robi się tu bardzo stromy, las uchował się też nieco poniżej granic ochronnych. Początkowo jest mocno zniszczony, ale im wyżej, tym pięknieje i dziczeje. A kiedy wchodzimy na teren rezerwatu Romanka, nagle znajdujemy się w innym świecie. Chroni się tu stary bór świerkowy i jak w większości rezerwatów ogranicza ingerencję człowieka do minimum. Stąd powalone drzewa zagradzające szlakową ścieżkę, umarłe kikuty sterczące w niebo, wykroty, rumowiska skalne, wrażenie pierwotności i nieporządku. Choćby dla tej naturalności, warto podjąć trud zdobycia Romanki od strony hali Słowianka.

Rezerwat powstał w 1963 roku, by zachować pierwotny fragment
dawnej puszczy karpackiej – bór świerkowy regla górnego.
W 2005 roku teren ochronny został powiększony i objął zasięgiem także
fragment lasów regla dolnego. Rosną tu 250-letnie świerki i 300-letnie jawory.
Tereny są ostoją wilka, niedźwiedzia, rysia i głuszca.

Rezerwat ma w sobie tyle pierwotnego uroku, że kiedy wreszcie stajemy na szczycie Romanki (1366 m n.p.m.), żałuję wręcz, że ten mozół dreptania pod górę jest już za nami. Masyw Romanki był kiedyś znacznie tłumniej odwiedzany, w 1914 roku niemiecka organizacja turystyczna Beskidenverein wybudowała tu nawet schron narciarski, niestety rozebrany patriotycznie przez Polaków po I wojnie światowej. Wtedy też z wierzchołka można było podziwiać Babią Górę i Pilsko. Widok musiał być wspaniały, bo choć polana szczytowa zarosła lasem, nieco poniżej, schodząc żółtym szlakiem, pomiędzy drzewami można czasem dostrzec zarys Królowej Beskidów i nawet w tej ubogiej wersji robi ona iście królewskie wrażenie.

Widok z Hali Łyśniowskiej na Babią (w oddali) i Pilsko (środkowy plan).

Przed nami przyjemny godzinny spacer do schroniska pod Rysianką. Malownicza ścieżka sprowadza łagodnie w dół na niewybitny szczyt Martoszki i powoli zarastającą Halę Łyśniowską. Roztacza się stąd ładna panorama Babiej, Pilska i grzbietu granicznego. To dobre miejsce na dłuższy odpoczynek oraz leniwą kontemplację otoczenia. Potem po krótkim, lajtowym podejściu i równie sympatycznym zejściu docieramy do przełęczy Pawlusia i kolejnej łądnej panoramy. Jeszcze odrobina nieco ostrzejszego podejścia i stajemy przed drewnianym schroniskiem na hali Rysianka (1290 m n.p.m.). Budynek wzniesiono w miejscu niezwykle widokowym. Przy dobrej pogodzie widać stąd nie tylko grzbiety Beskidów, ale też Tatry i Małą Fatrę. Zimą panują tu dobre warunki do uprawiania narciarstwa (jest wyciąg), a wczesną wiosną rozległa łąka pokrywa się krokusami (najbardziej znane miejsce z kobiercem tych kwiatów to oczywiście Polana Chochołowska, ale po co oglądać te cuda ściśniętym w tłumie jak sardynki w puszcze, skoro można lepiej, na Rysiance :-). Sam szczyt Rysianki (1322 m n.p.m.) znajduje się około 300 metrów od schroniska (trzeba się wdrapać nieco ponad 100 metrów wzwyż), ale ponieważ jest zalesiony, rzadko kto go odwiedza.

Krajobraz posępnieje, nadchodzą chmury. Na horyzoncie majaczą bielą Tatry.

W drogę powrotną wyruszamy zielonym szlakiem. Nie najlepszy to wybór. Szlak jest fragmentami stromy i kamienisty. Trzeba uważać, by się nie poślizgnąć, a tam gdzie ścieżka łagodnieje, robi się błotnisto i też mało przyjemnie. Zejście, gdy ma się w nogach trochę kilometrów i podejść, zawsze daje się we znaki, zwłaszcza jeśli wiedzie uciążliwym terenem. Wawek ma dość kamieni :-). O wiele lepiej powędrować z Rysianki żółtym szlakiem na Lipowską i Redykalny Wierch, a potem zejść na Halę Boraczą i czarnymi znakami do Żabnicy Skałki. Wydłuża to wycieczkę o godzinę, ale żadne większe podejścia nam nie grożą, a widoki rozciągające się z żółtego szlaku warte są trzech nadłożonych kilometrów. Tylko dlatego, że całkiem niedawno przemierzyliśmy tę trasę, tym razem postawiliśmy na zielony szlak. Jeśli macie jednak w zanadrzu trochę sił, wybierzcie powrót przez Boraczą.

1 kwietnia 2014

WIELKA RYCERZOWA: widokowo bez tłumów

Soblówka – Przełęcz pod Rycerzową – Wielka Rycerzowa – Bacówka PTTK na Rycerzowej – Przełęcz Przysłop – Soblówka
(szlaki: żółty – zielony – czerwony – żółty – zielony)

czas przejścia: 4 godziny    suma podejść: 650 m    dystans: 13 km    trudność: *
infrastruktura: bacówka PTTK na Rycerzowej

Plany były zupełnie inne, ale zaspaliśmy i musieliśmy wprowadzić w życie opcję B, czyli zdobycie Wielkiej Rycerzowej. Szczyt jest mniej popularny niż gniazdo Wielkiej Raczy, stąd w marcu na trasie niewielu turystów, a las dziki, ciemny i mało przystępny. Wycieczka nie należy do trudnych, trochę podejść, nie nazbyt wymagających, schronisko w połowie drogi z pysznymi racuchami i – niestety – mało sympatyczna końcówka asfaltem. Przy dobrej przejrzystości powietrza widoki z grzbietu w okolicy Rycerzowej są przednie, nam zabrakło szczęścia – słońce przyświecało, coś było widać, ale dalekie plany zasnuwała mgła. Cóż, tak zwykle bywa w górach, gdy wędruje się w środku dnia ;->.
Ktoś pisze górę na niebie
serce pracuje ciężko
W dole bitewna wrzawa potoku
– huk –
[Jerzy Harasymowicz Z buka na buk]
Na trasę wyruszyliśmy z Soblówki, jeszcze do niedawna przysiółka Ujsoł, dziś odrębnej wsi. W XV wieku przebiegał tędy szlak handlowy na Orawę (przez przełęcz Przysłop, którą wciąż można powędrować na słowacką stronę), a tereny zasiedlali pasterze wołoscy. To im okoliczna ludność zawdzięcza tradycję wypasania owiec i kóz. Osada z prawdziwego zdarzenia powstała tu tak naprawdę dopiero w XVIII wieku i podobno pierwszymi jej mieszkańcami byli przestępcy skazani na banicję. O dawnych czasach oprócz pasterstwa nic już nie przypomina, zabudowa jest całkowicie współczesna, bez wyrazu. Żółte znaki, którymi mieliśmy wędrować, prowadzą obok kościoła i szkoły, przy których znajduje się spory parking. To doskonałe miejsce na zostawienie samochodu (niezmotoryzowani mogą dotrzeć tu pekaesem, końcowy przystanek).

Przyjemna ścieżka przez las położony wysoko nad Soblówką.
Marzec, a ciepło jak w lipcu.

Pierwszy kilometr trasy prowadzi brzydką, rozjechaną szeroką gruntową drogą, którą zwozi się drewno z lasu. Przez chwilę miałam ochotę zawrócić, przerażona myślą, że tak będzie aż do bacówki. Na szczęście leśnicy nie zdążyli jeszcze zniszczyć lasów położonych wyżej nad wsią. Kiedy więc żółte znaki odbijają w wąską ścieżkę pnącą się dość ostro do góry, robi się sympatyczniej i bardziej górsko. Szlak wiedzie wysoko nad potokiem, a potem podchodzi, wciąż ostro, na grzbiet. Las jest dziki, nieruszony ręką ludzką, z powalonymi drzewami. Po 40 minutach podejścia ścieżka łagodnieje, a potem wychodzi na przecinkę, z której po raz pierwszy można podziwiać okolicę. Jeszcze 50 metrów do góry i osiągamy grzbiet.

Hala pod Rycerzową dopiero budzi się z zimowego snu. Owiec jeszcze
nie ma, są natomiast ludzie w terenowym samochodzie :(

Na grzbiecie do żółtego szlaku dochodzą znaki zielone. Niebawem wychodzimy z lasu na rozległą halę z szałasem. Wiosną i latem wypasa się tu owce, można kupić bundz, bryndzę i oscypki, szałas jako jeden z nielicznych w polskich Karpatach otrzymał unijny certyfikat na wytwarzane w nim sery. Otoczenie jest sielskie, a widok na Wielką Rycerzową malowniczy. Wspaniale musi tu być o świcie lub zachodzie słońca, kiedy widoczność nie płata figla i pozwala podziwiać także dalszą okolicę. Rozciągające się stąd widoki tak zachwalał w swoim przewodniku Władysław Krygowski: „Nad grzbietem granicznym widnieją w dali na południu w lewo Tatry, w prawo Mała Fatra. Ku zachodowi […] widać Wielką Raczę i jej północny grzbiet, a za nim pasma Beskidu Śląskiego z Baranią Górą i Skrzycznem. Wprost na północ wzrok kieruje się w obniżenie Soły, a w prawo opiera się na imponującej Liptowskiej z bliskim Muńcułem. Jeszcze bardziej w prawo – kopa Pilska i Babia Góra, opadająca długim południowym zboczem ku Orawie”.

Tyle z widoków… Strona zachodnia, czyli panorama na Wielką Raczę
i jej północny grzbiet.

Masyw Rycerzowej ma dwa szczyty. Na zboczach niższego, zwanego po prostu Rycerzową (1207 m n.p.m.), ciągnie się opisana wyżej hala. Sam czubek wzniesienia, całkowicie zalesiony, szlak omija. Z hali schodzimy na rozległe siodło – Przełęcz pod Rycerzową – skąd 10-minutowe podejście czerwonymi znakami wyprowadza na wyższą Rycerzową, czyli Wielką Rycerzową (1226 m n.p.m.), określaną dawniej jako Bukowina. Jej wierzchołek nie należy do malowniczych (ograniczony widok na zachód), ładna panorama rozciąga się natomiast z niewielkiej podszczytowej polanki, na której króluje (niestety) rdzewiejący silnik niegdyś działającego tu wyciągu narciarskiego.

Przełęcz pod Rycerzową w dwóch odsłonach. Pierwsze zdjęcie – zejście
na siodło z hali Rycerzowej, drugie – widok siodła od strony Wielkiej Rycerzowej.
Trudno nie zauważyć, jak bardzo jakość zależy od oświetlenia: pierwsza fota
robiona pod słońce, druga ze słońcem. Białe plamy to śnieg :)

Po kontemplacji i widoków, i silnika, schodzimy znów na Przełęcz pod Rycerzową. W 1975 roku wybudowano tu drewnianą bacówkę PTTK. Był to pierwszy w Polsce tak zwany mały obiekt turystyczny, nastawiony na obsługę turystów indywidualnych, a nie jak schroniska na ruch grupowy, masowy. Sześciometrowy, metalowy krzyż stojący w pobliżu bacówki pojawił się w 2006 roku, kiedy wyznakowano z Soblówki szlak papieski (oznakowanie: żółty krzyż na niebieskim kwadracie, pętla ze startem i końcem w Ujsołach) upamiętniający wędrówkę kardynała Karola Wojtyły na Rycerzową odbytą w 1972 roku.

Szkoda, że nikt nie nakazuje uprzątnięcia takich złomów. Do postawienia
chętni zawsze się znajdą, a co będzie później nikogo nie obchodzi.


Kameralnej bacówce trudno odmówić uroku, podobnie jak jej otoczeniu. Godzinny odpoczynek mija bardzo szybko. W drogę powrotną ruszamy żółtym szlakiem prowadzącym na przełęcz Przysłop (wiedzie tędy również szlak papieski, o czym przypominają co jakiś czas głazy z tabliczkami dotyczącymi tajemnic różańca). Tutejsze ostępy leśne muszą być ostoją zwierzyny. Potwierdza to gospodarz bacówki, który opowiada, że kilka dni temu w okolicy widział świeże ślady niedźwiedzia. Las rzeczywiście robi dziki wrażenie, wędrując samotnie można się nawet poczuć nieswojo :). Widoków nie ma, przełęcz Przysłop z niewielką polanką schodzącą na stronę słowacką jest jednak malownicza.

Bacówka PTTK na Rycerzowej powstała z myślą o turystach wędrujących
po górach z plecakiem. Niewielka, przytulna, pozwala cieszyć się
górami bez wielkich tłumów. Z jadalni z południowych okien
przy dobrej pogodzie widać Tatry.

Na przełęczy odbijamy w zielony szlak i szybko dochodzimy do gruntówki, a następnie asfaltówki. To najmniej atrakcyjny odcinek trasy. Niestety, całkiem długi. Asfalt towarzyszy nam bite 4 kilometry. Ze schroniska do Soblówki można zejść szybciej – czarnym szlakiem, ale jest on równie monotonny: w 2008 roku został przemalowany i poprowadzony drogą dojazdową (prowadzi nim również szlak rowerowy).