Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2016

KRÓLEWIZNA, czyli ballada o Jaśku zwanym Aniołem

Ponikiew — Kapral — Główniak — Kamień — Królewizna (Magurka Ponikiewska) — Jaśkowa arka — Groń Jana Pawła II (Jaworzyna) — Ponikiew
(szlaki: bez szlaku — żółty — bez szlaku — żółty — niebieski)

czas przejścia: 6 godzin    suma podejść: 800 m    dystans: 17 km    trudność: **
infrastruktura: schronisko pod Leskowcem

Każde góry mają swoich niezwykłych mieszkańców. Beskid Mały miał pustelnika Jaśka. Przez 19 lat Jasiek mieszkał w blaszanej arce pod Królewizną. Jego pustelnia przypominała kształtem łódź — miała się unieść na falach, kiedy nadejdzie kolejny potop. Bo że nadejdzie, tego Jasiek był pewien. Bóg musiał jakoś ukarać niegodziwości ludzi... Jaśka od wielu lat już z nami nie ma, ale jego arka stoi i czeka na wielką wodę. Zwykły turysta rzadko do niej trafia — pustelnia nie jest widoczna ze szlaku, nie ma do niej wskazówek, a informacje o tym, gdzie dokładnie się znajduje i jak do niej dotrzeć, udzielane są niechętnie. Najczęściej zachodzą tu ci, którzy jeszcze Jaśka pamiętają, lub pasjonaci gór, którzy usłyszeli o beskidzkim samotniku od innych zapalonych wędrowców. Dzięki temu miejsce emanuje spokojem, jest oazą samotności, czego zapewne życzyłby sobie sam Jasiek, który nie lubił zgiełku tego świata. I ja zachowam więc dla siebie dokładne namiary na pustelnię (kto naprawdę będzie chciał odwiedzić to miejsce, da sobie radę), zapraszam jednak na wędrówkę Jaśkową drogą, dosłownie i w przenośni.
Przelot chmur i zdarzeń
przelot twarzy, które pozostały młode
Górski pejzaż dorabia skrzydła postaciom
które były tak ważne
[Jerzy Harasymowicz Bortne. Wiosenne buczyny]
Na spotkanie z Jaśkiem wybraliśmy się w czerwcową niedzielę. Ostatnie tygodnie szkoły nieco wyczerpały Wawka, zerwanie go z łóżka o 7–8 rano byłoby więc nieludzkie. To oznaczało, że nasza wycieczka nie mogła trwać 8–9 godzin, jak wynikało z mapy, jeśli chciałoby się zrobić normalną szlakową pętlę z Gorzenia lub Czartaka z zahaczeniem o pustelnię. Postanowiliśmy więc z centrum Ponikwi wdrapać się do żółtych znaków prowadzących grzbietem Główniaka na czuja, wybraną losowo leśną drogą. Takie rozwiązanie skracało wyprawę do 5–6 godzin. Rozsądny wybieg, biorąc pod uwagę, że popołudniem miało zacząć lać, i to mocno.

Do PONIKWI dotarliśmy około 10 rano. Wieś, którą założyli w XVI wieku pasterze wołoscy, dziś ma charakter sennego letniska. Okolica jest sielska, a w samej osadzie zachowało się kilka starych zabudowań, głównie stodół. Samochód zaparkowaliśmy przy kościele i nieco cofnęliśmy się szosą, by zagłębić się w las za mostem. Leśna droga pięła się prosto jak strzelił na grzbiet. Według mapy przechodziliśmy przez wzniesienie nazwane intrygująco KAPRAL (485 m n.p.m.). Po powrocie z gór przewertowałam książki i internet, by dowiedzieć się, skąd taka unikatowa dla Beskidu Małego nazwa. Znalazłam dwa wytłumaczenia. W 1771 roku konfederaci barscy stoczyli tu podobno potyczkę z rosyjskimi żołnierzami. Po wszystkim miejscowi pochowali na wzgórzu poległych i nadali wniesieniu dla upamiętnienia tego faktu wojskową nazwę. Na ile to prawdziwe, nie wiem, znawca tych terenów Aleksy Siemionow podaje inne wytłumaczenie. Według niego w XIX wieku stacjonujące w Wadowicach wojsko austriackie miało na tym wzniesieniu strzelnicę, urządzano tu żołnierskie ćwiczenia i stąd wzięła się wojskowa nazwa. Może i potyczka, i strzelnica są prawdą, jedno nie wyklucza przecież drugiego. Zamieszenie z tym szczytem jest zresztą większe — mapy podobno źle go lokalizują, bo Kapral znajduje się tuż przy żółtym szlaku, tam gdzie na mapach zaznaczono Główniak (który mieszkańcy zwą Głowniak), sam Główniak natomiast jest w miejscu Kamienia, a Kamień w miejscu Żaru, ten ostatni zaś nieco dalej przy szlaku. Niezły galimatias.

Okolice Kaprala. Pniemy się bez szlaku, co i rusz napotykając piękne kobierce mchu płonnika
ze sterczącymi puszkami zarodnikowymi. Taki mikrolas z dziwacznymi, niczym z innej epoki drzewami.

Jakkolwiek by było to przez co przechodzimy porasta las i nic nie przypomina o dawnych czasach (chyba więc nie był to Kapral, bo ponoć na nim wciąż widoczne są pozostałości grobów w formie kamiennych kopczyków, choć trudno uwierzyć, że mogłyby się niepielęgnowane zachować w takiej formie). Nawet leśna droga rozmywa się w chaszczach i przez kilkanaście minut pniemy się do góry, lawirując między krzakami jeżyn, powalonymi konarami i badylami. Kiedy dochodzimy do żółtego szlaku prowadzącego wzniesieniem GŁÓWNIAKA, albo Głowniaka, a może Kaprala (550 m n.p.m.), czujemy się tak, jakbyśmy wyszli na autostradę. Jest wygodnie i bezproblemowo, wokół ciągnie się ładny bukowy las. Mijamy kolejne wzniesienia, aż dochodzimy do KAMIENIA lub Żaru (671 m n.p.m.) — w zależności od tego, komu zawierzymy: mapie czy znawcom terenu. Okolica słynie z wychodni, jest to ponoć miejsce ich największego nagromadzenia w Beskidzie Małym. Przy szlaku można podziwiać jedną z takich ogromnych formacji skalnych. Inne znajdują się na pobliskich stokach, trzeba tylko odbić ze szlaku i trochę połazikować.

Pomnik przyrody — wychodnia na stoku Kamienia. Czasami można tu spotkać wspinaczy, jest na czym ćwiczyć.
Imponujący wał skalny ma 50 metrów długości, miejscami osiąga 9 metrów wysokości.

Żółty szlak nie oferuje rozległych widoków, ale może się podobać. Las jest dorodny, wysmukłe szare bukowe pnie tworzą nastrojową scenerię. Nie wiadomo kiedy mijamy przełęcz pod Magurą i dochodzimy do miejsca, w którym do żółtego szlaku dochodzą oznakowania zielone. Stąd niedaleko już na Magurkę Ponikiewską, którą okoliczni mieszkańcy oraz miłośnicy Beskidu Małego zwą KRÓLEWIZNĄ (818 m n.p.m.). Błędnie, jak się okazuje, bo szczyt ten w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego z 1884 roku jest już wymieniany pod nazwą Magury, Królewizną natomiast nazywano zbocza Magurki od strony Kozińca. W pobliżu zarastającej polany na stokach Magurki czy też Królewizny znajduje się właśnie JAŚKOWA ARKA.

Pustelnia sklecona z blaszanych odpadów… Bez drzwi, do środka Jasiek wchodził przez widoczny otwór.
W blaszanym domku zbudował sobie drewnianą pryczę, kawałek rury służył za piec i kuchenkę.
Na blasze rury Jasiek piekł swoje słynne podpłomyki, żywił się nimi niemal na okrągło.
Wnętrze arki przedstawia dziś smutny widok. Ktoś tu buszował czy czas zrobił swoje?

Jasiek, górnik z Libiąża, zamieszkał w okolicy Królewizny w 1980 roku. Dlaczego wybrał pustelnicze życie, nie wiadomo. Jak każdy samotnik nie lubił mówić o sobie. Był człowiekiem serdecznym i otwartym, ale przyjaźnił się z niewieloma osobami. W kopalni przeżył wypadek, chyba niezbyt groźny, wystarczająco jednak traumatyczny, by przesądzić o porzuceniu wygód cywilizacji. Swoją arkę Jasiek sklecił z blach, które dostał od miejscowych. Po początkowej niechęci („jakiś obcy kręci się po okolicy"), szybko został zaakceptowany. Wkrótce zaczęto go nazywać Jaśkiem Aniołem. Chętnie pomagał w pracach polowych i gospodarczych. Za swój trud nie brał pieniędzy, tych nie potrzebował, z wdzięcznością przyjmował natomiast mąkę i cukier oraz… papierosy, był bowiem namiętnym palaczem. Przez niemal 20 lat gospodarzył na polanie pod Królewizną. Niezwykle gościnny, spragniony rozmowy z ludźmi i bardzo religijny — tak zapamiętali go ci, którzy trafili do arki przypadkiem bądź umyślnie. Trudy długiego pustelniczego życia zrobiły jednak swoje — Jasiek zmarł niespodziewanie zimą 1999 roku w swoim ukochanym miejscu na ziemi: blaszanym domku. Został pochowany na wadowickim cmentarzu, choć sam wybrałby zapewne inne miejsce: w pobliżu arki, pod jednym z dorodnych buków. Od jego śmierci minęło już wprawdzie wiele lat, wciąż są jednak ludzie, którzy dbają o Jaśkowy grób i 1 listopada zapalają na nim znicze.

Do budowy pustelni Jasiek wykorzystywał każdy skrawek blachy. Nic się nie marnowało.
Aż trudno uwierzyć, że przeżył w tym skromnym blaszaku 19 samotnych zim. I był szczęśliwy.

Spędzamy przy arce sporo czasu. Panuje tu zadziwiający spokój, słychać tylko bzyczenie owadów, w powietrzy unosi się woń dzikich kwiatów. Natura powoli bierze to miejsce w swoje władanie, ale domek zadziwiająco dobrze się trzyma, oprócz wnętrza, zdewastowanego przez jakichś pseudowędrowców. Większość trafiających na polanę ludzi szanuje jednak pracę Jaśkowych rąk, ma sentyment i serce do arki, pamięta o dobrym duchu tych okolic — Jaśku Aniołem zwanym. Wśród górskiej braci krążą nawet opowieści, jak to turyści błąkający się we mgle lub śnieżnej zawiei, bezpiecznie docierali do celu prowadzeni z daleka przez milczącego nieznajomego o nieco przygarbionej sylwetce, czyli nikogo innego jak właśnie Jaśka.

Jaśkowa droga upamiętnia człowieka pięknie
wpisanego w historię Beskidu Małego.

Wracamy na szlak. Znajdujemy się na Jaśkowej drodze. Nie jest ona zaznaczona na żadnej mapie, jej oznakowań nie odnajdziemy też w terenie. O tym, że wędrujemy Jaśkową drogą informuje tylko skromna tabliczka. To przyjaciele pustelnika, chcąc zachować go w pamięci innych, nazwali tak fragment szlaku od Magurki (Królewizny) na GROŃ JANA PAWŁA II (dawniej Jaworzyna, 890 m n.p.m.). Niegdyś Jasiek przemierzał tę trasę niemal codziennie — przyjaźnił się z gospodarzami schroniska Pod Leskowcem, zachodził do nich, by pomóc w różnych pracach oraz pogadać w cieple jadalni. Wiadomo przecież nie od dziś, że góry łączą ludzi. My też przysiadamy w sympatycznej schroniskowej salce i przy herbacie rozmawiamy o niezwykłym życiu Jaśka. A potem ruszamy w dół za niebieskimi znakami do Ponikwi. W deszczu.

Kapliczki na Jaśkowej drodze. Skromne jak życie Jaśka, a przez to chwytające za serce…

PS. A jednak się myliłam. Jaśkowa droga została zaznaczona na najnowszej, z 2016 roku, mapie Beskidu Małego wydawnictwa Compass.

13 stycznia 2015

HROBACZA ŁĄKA szlakiem papieskim z Kóz

Kozy — kamieniołom — Jarmarczy Groń — Hrobacza Łąka — przełęcz U Panienki — Kozy
(szlak papieski — czerwony — żółty)

czas przejścia: 4 godziny    suma podejść: 500 m    dystans: 9 km    trudność: *
infrastruktura: schronisko na Hrobaczej Łące

Swego czasu był to ulubiony szlak naszego syna, meldowaliśmy się przy krzyżu na Hrobaczej co najmniej raz w miesiącu. Nie był to żaden wyczyn, mieszkamy na stokach tej góry, jej zalesiona kopuła zagląda nam do okien i codziennie kusi do kolejnych odwiedzin (znamy takich, co na Hrobaczej są co tydzień, traktując wyjście do schroniska jako niedzielny spacer :-). Trzeba przyznać, że dla dzieci ta wycieczka jest szczególnie atrakcyjna. Podczas wędrówki dużo się dzieje, czyli nie jest nudno. Podziwiamy kamieniołom, jeziorko, krzyż milenijny oraz kapliczkę, no i jest wizyta w schronisku, w dodatku nietypowym (o czym dalej), a nawet miejsca tajemnicze (o czym też dalej). Choć trasę tę przemierzyliśmy niezliczoną ilość razy, we wszystkich porach roku, na mnie zawsze największe wrażenie robi ona jesienią. Miedziane połacie lasu, liście wirujące w powietrzu i mgły snujące się po okolicy nadają wówczas krajobrazowi nieco bajkowy charakter. Do tego powietrze przyprawione ostrymi nutami, z wszędobylskim zapachem dymu, który nie pozostawia złudzeń, że zima tuż-tuż… Właśnie dla takich klimatów bez żalu zostawiłam za sobą ogromne miasto.
Góry wskazują kierunek
podają rytm i rym
[Jerzy Harasymowicz Prosto]
Szlak papieski — oznaczony żółtym krzyżem — zaczyna się przy kościele w Kozach. Najlepiej darować sobie pierwsze dość nudne 3 kilometry (idzie się przez wieś) i podjechać samochodem do KÓZ GÓRNYCH. Zaparkować można przy końcowym przystanku pekaesu w pobliżu kamieniołomu. Szlak wąską asfaltówką prowadzi stamtąd do kaplicy Matki Bożej Różańcowej, zwanej Panienką. Ufundowała ją jedna z koziańskich rodzin na początku XX wieku. Trzy razy w roku (3 maja, 15 sierpnia oraz w pierwszą niedzielę października) przybywają tu tłumnie pielgrzymi i odprawiana jest msza święta. Przy kaplicy znajduje się źródełko — według niektórych mieszkańców wsi jego woda leczy z różnych dolegliwości, a przede wszystkim pomaga doczekać się potomka ;-). Cudownych źródełek jest zresztą w okolicy więcej, kto chce i się nie boi, może sprawdzić na sobie ich działanie.

Zabawa aparatem ;-) Specjalnie przerysowane, ale jesienią kolory w kamieniołomie są naprawdę oszałamiające. Zbiornik to stare wyrobisko, którego misę wypełniła woda opadowa. Na wierzchołek widocznej odkrywki można się dostać szeroką gruntówką zaczynającą się w pobliżu jeziorka. Przyznam,
że niechętnie tam wchodzę, zwłaszcza z dzieckiem. Osypująca się krawędź nie jest niczym zabezpieczona,
a przepaść przerażająca. Moja wyobraźnia galopuje.

Zaraz za kaplicą znaki żółtego krzyża zagłębiają się w las i zaczynają dość ostro piąć się stokiem. Wyjście na platformę KAMIENIOŁOMU zajmuje niecały kwadrans. Rozpościera się stąd wspaniała panorama, widać całe Pogórze Śląskie: Bielsko-Białą, Jezioro Goczałkowickie, Pszczynę, Tychy, Oświęcim, Kęty… O zmierzchu, kiedy w dole zaczyna migotać tysiące świateł, miejsce zdaje się magiczne. Nie wiadomo dokładnie, kiedy rozpoczęła się eksploatacja kamienia budowlanego w Kozach, pierwsze wzmianki o tym procederze pochodzą z 1880 roku. Początkowo wyrobisko znajdowało się nieco dalej, nad Kozami Małymi (tzw. stary kamieniołom, dziś niemal całkowicie zarośnięty), dopiero około 1910 roku zaczęto wydobywać urobek z miejsca, w którym się znajdujemy. Pod koniec XIX wieku utworzono we wsi austriacki obóz jeniecki dla żołnierzy armii włoskiej i część Włochów zatrudniono jako kamieniarzy. Dziś wyrobiska ukochali sobie crossowi motocykliści i niemal w każdy weekend z lubością je rozjeżdżają.

Dla usprawnienia pracy w kamieniołomie wybudowano kolejkę linową — wagoniki transportowały kamień do stacji PKP w Kozach, gdzie znajdowała się ładownia i magazyny. W latach 70. XX wieku linię zlikwidowano i zastąpiono transportem samochodowym, a 20 lat później eksploatację wstrzymano całkowicie. Dziś o złotych latach kamieniołomu przypominają tylko mało estetyczne, betonowe pozostałości po kolejce.

Na terenie kamieniołomu oznakowanie szlaku papieskiego nie jest najlepsze. Znaki rozmieszczono sporadycznie, są też częściowo zatarte. Niby trudno się zgubić, ale… Trzeba przejść obok jeziorka, skąd otwiera się widok na górną część kamieniołomu, a potem skierować się nieco w lewo, by po chwili dotrzeć do wygodnej kamienistej dróżki, która powinna nas doprowadzić do leśnego szlabanu (jeśli doszliśmy do drugiego mniejszego wyrobiska, oznacza to, że wybraliśmy złą dróżkę :-). Za szlabanem szlak odbija ostro w prawo (idąc drogą ciągle prosto, po kwadransie dotrzemy do Wilczego Stawu — kilka słów o nim tu: klik) i zaczyna mozolnie zdobywać wysokość. Robi się stromo i męcząco. Dojście do czerwonego szlaku, biegnącego grzbietem pasma, trwa około godziny. To najtrudniejszy odcinek całej wycieczki. Prowadzi jednak tak pięknym lasem bukowym (zimą trudniej tę piękność zauważyć), że warto trochę się potrudzić. Wyżej dla ułatwienia podejścia, szlak poprowadzono zygzakami. Jest też chwila wytchnienia, wyrównania oddechu, kiedy znaki docierają do wyraźnej ścieżki trawersującej stok góry. Wędruje się nią — po płaskim — kilka minut. Przed II wojną światową tą właśnie leśną dróżką (która wiedzie z Porąbki aż do Straconki) mieszkańcy okolicznych wiosek, pokonując wiele kilometrów, zmierzali do pracy. W końcu odbijamy ostro w lewo i kolejną wąską ścieżką (tym razem fragmentem przedwojennego zielonego szlaku turystycznego) pniemy się na grzbiet góry.

Jeszcze zdjęcie czy już obraz... Ja z Wawrzyńcem na szlaku papieskim w bukowym lesie. Strój niezobowiązujący, ot wyszliśmy z domu na małą przebieżkę po lesie.

Docieramy do czerwonych znaków. Znajdujemy się w okolicy niewybitnego JARMARCZEGO GRONIA (777 m n.p.m.). Istnienie szczytu potwierdza mapa, ale żaden znany mi przewodnik po Beskidzie Małym o nim nie wspomina. Stąd na HROBACZĄ ŁĄKĘ (828 m n.p.m.) już blisko. Zalesionym grzbietem prowadzi nas wygodna, szeroka droga. Metalowy 35-metrowy krzyż wyrasta przed nami niemal niespodziewanie. Został wzniesiony przez mieszkańców okolicznych wsi w 2002 roku na pamiątkę 2000 lat chrześcijaństwa, wcześniej stała w tym miejscu wieża triangulacyjna. Na głazie obok umieszczono napis: Stat crux dum volvitur orbis, „Krzyż stoi tak długo, jak kręci się świat”. Kilka lat temu platforma u podstawy krzyża oferowała widoki na Kozy, Kęty i Czechowice, podrastające drzewa ograniczyły jednak widoczność niemal do zera. Sama konstrukcja nocą jest oświetlona i widoczna z daleka, nieraz wskazuje nam drogę do domu :-).

Mało kto wie, że hrobaczy krzyż stanowi jeden
z wierzchołków „krzyżowego” trójkąta równobocznego. Dwa pozostałe
to jubileuszowy krzyż w Starej Wsi oraz krzyż na Trzech Lipkach
w Bielsku-Białej. Wszystkie oddalone są od siebie
dokładnie o 11,5 kilometra. [fot. Wikipedia]

Żeby podziwiać prawdziwie piękną panoramę, trzeba spod krzyża zejść do schroniska i podejść na pobliską mu rozległą polanę. Roztacza się z niej wspaniały widok na kotlinę Soły i okalające ją szczyty. Doskonale widać Kiczerę, ścięty stożek Żaru, Jaworzynę, a po prawej Czupel i Magurkę Wilkowicką. Widnokrąg zamykają najwyższe wierzchołki Beskidu Żywieckiego: Babia Góra i Pilsko, między nimi przy idealnej widoczności odsłaniają się nawet Tatry. W okolicy ciągnie się pas okopów z czasów II wojny światowej: w obawie przed atakującą Armią Czerwoną Niemcy latem '44 roku wybudowali na terenie Śląska system fortyfikacji tak zwanej linii b2. Ciągnął się on również przez Beskid Mały. Samo SCHRONISKO również jest interesujące i jedyne w swoim rodzaju, bo… zakonne. Do tego warunki są w nim raczej spartańskie. Jeszcze do niedawna nie było światła, wodę do gotowania gospodarz przynosił ze studni, a nocujący turyści myli się w miednicy. Teraz jest bardziej ucywilizowanie, podciągnięto wodociąg, prąd płynie z sieci energetycznej, dom zachował jednak klimat starych czasów. Przysadzista drewniana bryła, pamiętająca czasy Peerelu boazeria na ścianach, no i niezwyczajne w górskich schroniskach religijne dewocjonalia (ach, te powtykane tu i ówdzie kiczowate obrazki!). Bufetowe menu jest ubogie, ale pożywne — dostaniemy jajecznicę, bigos, fasolkę lub grochówkę i oczywiście herbatę. Można też przenocować. Niestety, choć schronisko należy do księży palotynów, sprzedaje się w nim piwo, a w jesienno-zimowe niedziele natkniemy się na stałych bywalców urządzających tu sobie popijawy. Bez żenady raczą się przyniesioną przez siebie wódką, przy okazji głośno perorując o polityce. Dlatego najchętniej odwiedzamy Hrobaczą w tygodniu, kiedy panuje w niej prawdziwy święty spokój.

O tym, by na Hrobaczej Łące postawić schronisko myślano już w latach 20. XX wieku. Wówczas żywieckiemu oddziałowi PTT nie udało się jednak zakupić gruntu pod budowę obiektu. Na podszczytowej polanie stanął jednak dom, tyle że prywatny. Około 1935 roku zaczęło w nim działać prywatne schronisko, dzierżawione do II wojny światowej przez niemiecką organizację turystyczną Beskidenverein, a później przez PTTK. W latach 90. właściciel przekazał budynek Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia prowadzonej przez palotynów. Odtąd nosi nazwę Domu Turystyczno-Rekolekcyjnego Hrobacza Łąka. Jedna z werand została przebudowana na kaplicę. [Zdjęcie z 2000 roku]

Z Hrobaczej Łąki szlak papieski (wspólnie ze znakami żółtymi i czerwonymi) prowadzi grzbietową drogą na przełęcz U Panienki. Ale zanim do niej dojdziemy, tam gdzie droga lekko odbija w lewo, miniemy nieco tajemnicze miejsce — usypane w formie kopca kamienie. W różnych bedekerach powtarza się informacja, że to grób E. Willmanna. Kim był i dlaczego pochowano go właśnie tutaj, o tym przewodniki milczą. Któregoś razu po powrocie z Hrobaczej Łąki postanowiłam spytać o kamienny kopiec w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Kóz. Według posiadanych przez Towarzystwo informacji, kopiec był grobem żołnierza Wermachtu, który zginął na początku 1945 roku w pobliskich okopach. Nie ma na to jednak pisemnych dowodów, a jedynie przekazy ustne. Nie wiadomo skąd wzięła się powtarzana wszędzie informacja o nazwisku poległego — jego personalia nie są znane. Kamienny kopiec usypano ponoć, żeby łatwo było odnaleźć miejsce pochówku po zakończeniu walk. Po wojnie Niemcy zamierzali dokonać ekshumacji, czy jednak do tego doszło, nikt nie wie. Prawdopodobnie tak, jeśli rzeczywiście pochowano tam niemieckiego żołnierza — niemal wszyscy Niemcy polegli w okolicy zostali po wojnie przeniesieni na cmentarz pod Dębowcem w Bielsku-Białej. Niestety, po nim też nie ma już śladu: pod koniec lat 60. z Dębowca zniknęły wszystkie nagrobki, a dobrze widoczne wzgórki grobów po barbarzyńsku zrównano z ziemią (Niemcy w latach 90. przenieśli szczątki, które udało im się wydobyć z ziemi, na niemiecki cmentarz wojskowy w Siemianowicach).

Wnikliwym poszukiwaczom może uda się  odnaleźć w niewielkiej odległości od kopca pozostałości po fundamencie „chatki baronowej z Kóz”. W pierwszej połowie XX wieku w chatce tej latem odpoczywali Czeczowie, właściciele okolicznych dóbr ziemskich. Sama baronowa wyjeżdżała na szczyt Hrobaczej Łąki powozem, na nogach było za daleko. Około 200 metrów przed przełęczą miniemy jeszcze drogowskaz do źródła maryjnego. Cudowny wypływ znajduje się kilkadziesiąt metrów poniżej, dojście jest karkołomne, ale możliwe — i kozianie, i my często skracamy sobie tędy drogę do wsi.

Przełęcz U Panienki w zimowej krasie. Trzeba przyznać, że ma swój urok. Zimą trudniej to zauważyć, ale sędziwe kasztanowce wydzielają przed postumentem niewielki placyk. Niemal zawsze palą się tu znicze lub świeczki. Gdyby nie śnieg, można by przysiąść na tutejszej ławeczce na chwilę odpoczynku.

Do PRZEŁĘCZY U PANIENKI (741 m n.p.m.), rozdzielającej Hrobaczą Łąkę od wyższych od niej Groniczków, jest już niedaleko. Siodło dostało nazwę od kapliczki Matki Bożej, którą w 1884 roku ufundował nadleśniczy dóbr koziańskich Juliusz Beinlich. Podobno któregoś razu, kiedy patrolował on tutejsze lasy, zaatakowało go stado wilków. Schronił się na drzewie i wypatrywał z nadzieją kogoś, kto wybawi go z opresji. Godziny upływały, nikt jednak nie pojawiał się w okolicy, leśniczy zaczął więc się modlić do Matki Bożej, obiecując, że jeśli przeżyje, ufunduje w tym miejscu kapliczkę. Znudzone wilki w końcu odeszły, Beinlich natomiast dotrzymał słowa — postawił kamienny postument, na którym wyrył swoje nazwisko i datę fundacji. Obraz znajdujący się w górnej części kapliczki — twarz Madonny Częstochowskiej — jest znacznie późniejszy, pochodzi z 1965 roku. Prawdę mówiąc, pochodził — wandali spotyka się także w górach, swoje robią również warunki pogodowe, obrazek raz na jakiś czas jest wymieniany na nowy. Przy kapliczce zbiega się kilka szlaków turystycznych. Szlak papieski biegnie dalej na Przełęcz Przegibek, a potem Magurkę Wilkowicką i do Straconki. Ale to inna wycieczka, o której kiedyś opowiem, bo też ma swój urok. Nas poprowadzą w dół, do Kóz, znaki żółte. Zejście może być po wszystkich atrakcjach nieco nudne, dzieciaki mają prawo być zmęczone. Jeśli samochód zostawiliśmy w okolicy kamieniołomu, we wsi po dojściu do skrzyżowania z ulicą Panienki musimy odbić w prawo.

Na koniec kilka słów o związkach Karola Wojtyły z Kozami, szlak papieski wytyczono tu nie bez kozery. W latach 50. XX wieku przyszły papież często odwiedzał tutejszą parafię. Wikariuszem w Kozach był wówczas zaprzyjaźniony z nim ksiądz Franciszek Macharski, późniejszy metropolita krakowski. Karol przyjeżdżał w odwiedziny, ale przy okazji wyruszał na wędrówki po okolicznych wzniesieniach. Wyznakowany szlak nie pokrywa się z żadną konkretną trasą, jest raczej kompilacją Karolowych peregrynacji po tym terenie z tym, co w okolicy najciekawsze z turystycznego punktu widzenia.

6 marca 2014

KOZY — PORĄBKA: niebieskim szlakiem z odbiciem nad Wilczy Staw

Kozy — Wilczy Staw — Rezerwat Buczyna na Zasolnicy — Porąbka
(szlak niebieski, odbicie nad staw bez szlaku)

czas przejścia: 3 godziny    suma podejść: 300 m    dystans: 8 km    trudność: *
infrastruktura: brak

Jesteśmy na tym szlaku często, niebieskie znaki wiodą tuż koło naszego domu. Mamy do tej trasy sentyment, choć nie jest ani spektakularna, ani nazbyt widokowa. Potrafi jednak zaskakiwać — przemierzając ją, wiele razy widzimy, jak bardzo i jak szybko siły przyrody potrafią zmienić krajobraz. Niby prosta, przyjemna droga wygodnym leśnym duktem — w poczuciu człowieka coś trwałego, trudno zniszczalnego, a tu którejś zimy drogę zagradza nam kamienne lawinisko (po roku nie ma po nim śladu), wiosną pojawia się znikąd szeroki potok, zalewając kilkanaście metrów szlaku, jesienią natomiast pod naporem wiatru drzewa łamią się jak zapałki, zawalając przejście… Innej zimy gałęzie uginają się pod ciężarem śniegu tak mocno, że głaszczą nas po głowach.

W bukach tyle jest światła | Ty masz sukienkę z chłodu […]
Szumi nam dobrym słowem | Drzewo i pejzaż złoty
[Jerzy Harasymowicz]

Niebieski szlak z Kóz do Porąbki wyznakowano w 1968 roku. Polecał go ze względu na piękne widoki na równiny Władysław Krygowski w swoim niezrównanym przewodniku po Beskidach. Dziś widoków nie ma aż tylu i nie są tak malownicze, a turyści rzadko tu zaglądają. Zwykle na leśnej ścieżce spotyka się tylko mieszkańców okolicznych wsi i przysiółków. Czasem podczas wędrówki nie mijamy nikogo. Szlak zaczyna się w centrum wsi, przy dworcu kolejowym, ale jeśli korzysta się z własnego środka lokomocji, najlepiej podjechać do górnych Kóz i wejść na trasę gdzieś w okolicy ulicy Działy. Samochód można zostawić na przykład przy pętli autobusowej pod kamieniołomem, w niedzielę nie odjeżdża stamtąd żaden autobus, a w normalne dni zaledwie kilka.

Jesienią buczyna stroi się w kolory…

KOZY z okolicy głównej drogi nie wyglądają zbyt malowniczo, tereny pod kamieniołomem to jednak zupełnie inna bajka — ostatnimi laty wyrosło tu wprawdzie mnóstwo domów, ale krajobraz wciąż jest sielski. Jeszcze niedawno zimą można było spotkać na leśnych duktach amatorów biegówek, a ja sama po obfitych opadach śniegu do sklepu ruszałam z synem na sankach :-). Wydaje się jednak, że te czasy to już przeszłość. Ostatnio w lesie rządzą leśnicy. Prowadząc jakieś absurdalne prace w ramach projektu małej retencji w Beskidach, poszerzają leśne ścieżki do rozmiarów asfaltówki, a przy okazji wycinają mnóstwo drzew. Ich łupem padł też niebieski szlak — zaraz po wejściu do lasu trafia się na ogromny plac do składowania drewna, a potem maszeruje kilkaset metrów leśnostradą (dwa lata temu szlak biegł inaczej: wąziutką, malowniczą dróżką tuż nad ostatnimi zabudowaniami Kóz).

Las w pobliżu Wilczego Stawu we mgle i zapadającym zmierzchu.

W ramach szukania bardziej romantycznych miejsc warto odbić nad WILCZY STAW. Dojście ze szlaku wskazuje niewielki drogowskaz umieszczony na drzewie (miejsce odbicia jest dość charakterystyczne: z lewej pojawiają się zabudowania). Trzeba skręcić w prawo i ostro pod górę wspiąć się kilkadziesiąt metrów. Właściwie stawy są dwa. Pierwszy to sztuczny zbiornik zbudowany przez wspomnianych leśników. Jego otoczenie, zdewastowane przez prace ziemne, przypomina księżycowy krajobraz. Ładnie będzie tu za kilka lat, kiedy nad brzegiem wyrośnie młodnik. Ale nieco wyżej pośród zieleni kryje się drugi zbiornik — mały i uroczy. Miejsce przepiękne. To właśnie Wilczy Staw. Lubimy przychodzić tu o każdej porze roku i dnia. Niestety, bywa, że ciszę zakłócają motocykliści. Przyznam, że tej barbarzyńskiej potrzeby jeżdżenia po górach na pierdzących maszynach nigdy nie byłam w stanie zrozumieć.

Wilczy Staw, zwany czasem Starym Wilczym Stawem (w opozycji do nowego, sztucznego :). Nie wiadomo, jak powstał. Prawdopodobnie było to naturalne mokradło (w okolicy jest jesz­cze kil­ka), które otoczono kamienną groblą, by utworzyć minizbior­nik prze­ciw­po­ża­ro­wy. Nikt też nie wie, skąd wzięła się jego na­zwa.

Pod wieczór, kiedy między drzewami snują się mgły, nowy zbiornik też ma swój urok.

Z Wilczego Stawu na szlak najlepiej wrócić tą samą drogą. Po kilkuset metrach czeka nas dość strome (ale krótkie) podejście na kolejny leśny dukt. A potem już spokojny marsz do rezerwatu Buczyna na Zasolnicy. Nim dotrzemy do obszaru chronionego, miniemy dwa punkty widokowe. Wawek lubi zwłaszcza ten pierwszy, przy kapliczce na drzewie, bo widać stamtąd… elektrociepłownię. Ja wolę kolejny, z widokiem na Porąbkę oraz jezioro Czaniec. Pięknie prezentuje się też Palenica i dolina Wielkiej Puszczy. Jeśli chcielibyśmy zrobić pętlę bez schodzenia do Porąbki, możemy w tej okolicy podejść do czerwonego szlaku biegnącego grzbietem pasma. Oznacza to 100-metrowe wdrapywanie się bez znaków po stoku. Na górze trzeba jeszcze podejść kilkanaście–kilkadziesiąt metrów do znaków i już można maszerować na Hrobaczą Łąkę (a dalej na przełęcz U Panienki, skąd żółtym szlakiem można zejść do Kóz; inna opcja to odbicie z czerwonych znaków na szlak papieski i zejście przez kamieniołom).

Niebieski szlak z dywanem kolorowych liści…

Kto jednak nigdy nie był w rezerwacie, niech nie zbacza z niebieskiego szlaku. Przejście przez BUCZYNĘ NA ZASOLNICY jest naprawdę malownicze. Ten fragment trasy jest bardziej dziki, ścieżka robi się wąska, wokół ciągnie się las szarych buczynowych pni. Najładniej jest tu jesienią, kiedy liście przebarwiają się na czerwono, oraz wiosną, kiedy wszystko zaczyna budzić się do życia. Rezerwat nie jest rozległy, obcowanie z pięknym lasem szybko się kończy. Po około 20 minutach schodzi się do osiedla Gąsiory w Porąbce. Stamtąd wzdłuż szosy (uwaga na samochody!) dojdziemy w kilka minut do zapory i przystanku pekaesów.

W rezerwacie Buczyna na Zasolnicy. Chroni się tu ponad 130-letnie buki, pozostałości po dawnej puszczy karpackiej porastającej te tereny

A w drodze powrotnej, jeśli ktoś zdecyduje się
na marsz z Porąbki do Kóz znowu niebieskim
szlakiem, można trafić na piękny spektakl natury

18 listopada 2013

JASKINIA KOMONIECKIEGO z Gibasów

Kocoń (Przełęcz Kocońska) – Wielki Gibasów Wierch – Przełęcz Przystopek – Rozstaje pod Mladą Horą (Anula) – Dolina Dusicy – Jaskinia Komonieckiego – Las – Kocoń
(szlaki: niebieski – żółta ścieżka przyrodnicza, właściwie bez znaków)

czas przejścia: 4 godziny    suma podejść: 400 m    dystans: 12 km    trudność: **
infrastruktura: brak

W listopadowe dni szlaki Beskidu Małego są prawie bezludne – wymarzony czas, by naprawdę poczuć majestat gór. Jedyny mankament to szybko zapadający zmierzch, na dłuższe wędrówki z dzieckiem nie ma co liczyć, przynajmniej u nas – w jesienno-zimowe weekendy Wawkowi nigdy nie udaje się zwlec z łóżka wczesnym rankiem :). W tym okresie obmyślamy raczej krótkie pętle, by nie schodzić z gór w kompletnych ciemnościach. Jaskinia Komonieckiego, główna atrakcja proponowanej trasy, leży poza turystycznymi szlakami. Na mapie prowadzi do niej żółta ścieżka przyrodnicza, w terenie, jak się przekonaliśmy, właściwie nieoznakowana (sporadyczne, prawie całkowicie zatarte znaki nie do odnalezienia w miejscach kluczowych). Głównie z tego powodu wycieczka jest dość trudna – wymaga orientacji w terenie oraz zgody na improwizację, przedzieranie się przez las i ubłocenie :). Warto na nią wyruszyć z dziećmi, które mają górskie doświadczenie.

Widok z polany na niebieskim szlaku

Ale od początku. Na trasę wyruszyliśmy z Koconia, a właściwie z Przełęczy Kocońskiej. Szlak niebieski pnie się stamtąd łagodnie do góry w stronę zalesionych stoków Czarnych Działów (tak miejscowi zwą zbocza Gibasowych Groni). Droga jest łatwa, wiedzie głównie lasem, nie proponuje więc widoków. Jedynie z polany usytuowanej mniej więcej w połowie szlaku można podziwiać wzniesienia Beskidu Makowskiego oraz Żywieckiego, z dominującą Babią Górą. Kamienista droga obchodzi szczyt Pietraszowej (na który postanowiliśmy podejść, jak się okazało niepotrzebnie, nic ciekawego tam nie ma – dojście bez szlaku), a potem w kilkanaście minut wyprowadza na przełęcz Przystopek. Nieco przed przełęczą warto odbić na szczyt Wielki Gibasów Wierch (898 m n.p.m.). Nie prowadzi na niego szlak (kierunek wskazuje żółta tabliczka), ale zgubienie się nie wchodzi w grę – którędy maszerować pokazuje wyraźna ścieżka. Wierch doskonale nadaje się na dłuższy odpoczynek. Są malownicze skałki i widoczki, może nie spektakularne, ale zawsze – okoliczne drzewa uschły za sprawą najazdu korników i zanieczyszczenia powietrza, a młode dopiero zaczynają podrastać.

Na szczycie Wielki Gibasów Wierch

Na przełęczy Przystopek niebieskie znaki, którymi wędrowaliśmy, łączą się z zielonymi, prowadzącymi z Kocierza. Jeśli czas nas nie goni, warto zejść do Gibasowego Siodła (około 30 minut marszu). Kilka chałup tworzy tam malowniczy przysiółek (do połowy XIX wieku nazwisko Gibas nosili wszyscy jego mieszkańcy), a w chacie u Staszka można dostać herbatę. W pobliżu znajduje się kapliczka, pięknie odnowiona staraniem ludzi z forum Beskidu Małego.

Niestety, u nas na odbicie zabrakło czasu, od razu ruszyliśmy na rozdroże szlaków pod Mladą Horą. Stamtąd w poszukiwaniu Jaskini Komonieckiego już bez szlaku, to znaczy niby-ścieżką przyrodniczą, rozpoczęliśmy zejście w kierunku południowym. Poprowadziła nas wyraźna dróżka ostro schodząca w dół (uwaga na śliskie i zdradliwe kamienie!). Po kwadransie dotarliśmy do szerokiej leśnej drogi. Zgodnie z tym co wyrysowano na naszej mapie, skręciliśmy na nią w lewo, a kilkadziesiąt metrów dalej odbiliśmy w prawo. Zejście wybraliśmy na czuja – jakiś żółty kleks majaczył na jednym z drzew poniżej leśnego traktu. Widać wszystkie drogi prowadzą tu do groty, bo i my ją znaleźliśmy, choć nie obyło się bez chaszczingu po leśnym stoku (jak wyczytałam w necie już po wycieczce, właściwe zejście wskazuje niewielka leśna kapliczka z figurą Matki Boskiej).

Udało się znaleźć!

Jaskinia znajduje się na zachodnim stoku Pośredniego Gronia, na jednym z dopływów Dusicy. Kto oczami wyobraźni widzi już wąskie wejście i labirynt korytarzy prowadzący w głąb stoku, bardzo się zdziwi. Jaskinia to właściwie duża grota, która bardzo szybko się obniża i zwęża, tak że dostępnych jest tylko jej 5–6 metrów (cała ma 12 metrów długości). Ogromna piaskowcowa płyta, która ją nakrywa, sterczy z ziemi niczym dziób fantastycznego statku. Ze skały tej spływa niewielki strumyk tworzący malowniczy wodospadzik. Zimą strużki wody zamarzają, komponując kurtynę sopli i lodospadów.

Jako pierwszy o grocie wspomniał żywiecki wójt Andrzej Komoniecki w swojej kronice Dziejopis żywiecki. Było to w 1704 roku. Turyści zainteresowali się nią znacznie później, dopiero w latach 80. ubiegłego wieku. Wszystko za sprawą Aleksego Siemionowa, działacza Komisji Turystyki Górskiej Oddziału PTTK Wadowice, który zaintrygowany informacjami Komonieckiego odnalazł grotę, a potem dokładnie ją opisał i nadał jej nazwę. Komu niestraszne przedzieranie się przez krzaki i wykroty, niech jeszcze zejdzie nad potok Dusica (około 100 metrów), by podziwiać największy wodospad Beskidu Małego – Dusiołek. Nie liczmy jednak na kilkunastometrową siklawę. Wodospad ma około 5 metrów wysokości, ale trudno odmówić mu uroku.

Schodzimy już prawie w ciemnościach

Końcówka wycieczki okazała się pasmem błota. Gruntówka, która sprowadza do cywilizacji, została kompletnie rozjechana przez maszyny podczas zwózki drzew. Buty topiły się w burej mazi, co po kilkuset metrach przestało nas bawić. Do samochodu zostawionego na Przełęczy Kocońskiej (w zatoczce przy sklepie i barze) doszliśmy nie tylko zmęczeni, ale też całkowicie utytłani. Bywa i tak :).

Wejście do tajemniczego ogrodu (gdzieś na niebieskim szlaku)