Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korona Gór Polskich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korona Gór Polskich. Pokaż wszystkie posty

5 września 2018

JAGODNA — szutrówką na szczyt

Przełęcz nad Porębą (Autostrada Sudecka) — Jagodna — Sasanka — Schronisko Jagodna —
Płaska Ścieżka — Przełęcz nad Porębą (Autostrada Sudecka)
(szlaki: niebieski — żółty)

czas przejścia: 5 godzin    suma podejść: 400 m    dystans: 15 km    trudność: * infrastruktura: schronisko Jagodna

Najwyższe wzniesienie Gór Bystrzyckich jest chyba najbrzydszym w całej Koronie Gór Polskich. Niewybitne, mało widokowe i do tego zdobione szeroką szutrówką. Na szczyt wiedzie tylko jeden szlak, a poprowadzono go ową drogą. Podejście jest nudne, zejście jeszcze bardziej, zapewne gdyby nie to, że wzniesienie jest zaliczane do Korony, nikt specjalnie by go nie zdobywał, choć w 2019 roku dla przyciągnięcia turystów wybudowano na nim 23-metrową wieżę widokową. Fajne urozmaicenie wędrówki jest możliwe, ale wiąże się ze sporą niedogodnością — ciekawsza krajoznawczo trasa nie tworzy pętli, tymczasem komunikacja publiczna w rejonie Jagodnej właściwie nie istnieje. Jeśli mamy znajomych, którzy mogą nas podrzucić i odebrać z wyprawy — świetnie, jeśli jesteśmy zdani tylko na siebie i musimy wrócić w to samo miejsce… cóż wtedy Jagodną zaliczymy szybko i łatwo, tyle że bez większej wędrowniczej przyjemności.

My niestety jesteśmy skazani na własny dojazd, Jagodną zdobywamy więc mało ciekawą trasą. Żeby nieco urozmaicić wędrówkę, wracamy innym szlakiem niż wchodziliśmy, a na koniec jedziemy jeszcze obejrzeć zamek Szczerba. Szczerze polecamy jednak trasę bardziej wymagającą kondycyjnie, ale też znacznie ciekawszą, przynajmniej w pierwszej części, czyli wyruszenie z zamku Szczerba i dostanie się na Jagodną przez Solną Jamę oraz widokowe wzniesienia. To około 10 godzin wędrówki oraz ponad 1000 metrów przewyższenia do pokonania, ale warto, to ładna wyrypa.

Okolice Jagodnej: mało spektakularne, choć sielskie :-)

Swoją wyprawę zaczynamy od przejazdu jedną z atrakcji Gór Bystrzyckich — Autostradą Sudecką na PRZEŁĘCZ NAD PORĘBĄ (690 m n.p.m.). Tak, w tych górach drogi są wabikiem na turystów. Autostrada Sudecka, obecnie modernizowana, zapewnia malownicze widoki — niespieszna jazda (asfalt, mimo robót, wciąż przypomina ser szwajcarski) pozwala nacieszyć nimi oczy do woli. Szosę zbudowano w latach 30. XX wieku wzdłuż ówczesnej granicy niemiecko-czechosłowackiej i nadano imię Hermanna Göringa, działacza nazistowskiego, a potem zbrodniarza wojennego, który podobno lubił polować w okolicznych lasach. Dziś las byle jaki, w zamian widoki — niczego sobie. Samochód zostawiamy nieco powyżej przełęczy, tuż przed skrętem niebieskiego szlaku w stronę drzew. Pierwsze 300 metrów wiedzie stąd ładną leśną ścieżką dość ostro pod górę. Potem wychodzimy na szeroką szutrówkę. Będzie nam ona towarzyszyć aż na szczyt, a nawet jeszcze dalej. Krajobraz w ogóle nie przypomina gór, ot nieciekawa wiejska droga poprowadzona przez rachityczny las. Od czasu do czasu mało spektakularne widoczki.

Niziny, wyżyny, a może góry? Tym razem góry — ta szutrówka wiedzie na Jagodną :-).

Niewiele ciekawego da się również napisać o zdobywaniu JAGODNEJ (977 m n.p.m.) — idzie się 2–3 kilometry szutrówką i bez trudu ją osiąga. Gdyby nie kamienny kopczyk usypany na środku drogi i znacznik szczytu, łatwo byłoby przeoczyć fakt, że oto właśnie zdobyło się najwyższe wzniesienie Gór Bystrzyckich. Ale czy na pewno jest to najwyższy punkt pasma? Z ostatnich pomiarów wynika, że nie. Jagodna ma dwa wierzchołki — północny i południowy, a do Korony niefortunnie zaliczono ten niższy, przez który prowadzi szlak. Północny, wyższy, ma 985 m n.p.m. i znajduje się kilometr dalej w stronę schroniska. Szlak wprawdzie przez niego nie przechodzi, ale łatwo go odnaleźć (należy odbić z szutrówki w lewo na wysokości słupka 170/171) i dla własnej satysfakcji zdobyć. Żaden z wierzchołków nie jest zresztą wybitny, wznoszą się ledwie kilka metrów ponad wierzchowinę, 8 metrów nie wydaje się więc znaczącą różnicą.

Na Jagodnej. Dobrze, że jest kopczyk i znacznik szlaku, inaczej można by nie zauważyć szczytu.

Niebieskie znaki z uporem maniaka wiodą szutrówką i prowadzą przez kolejny niewybitny szczyt — SASANKĘ (965 m n.p.m.). Potem, w końcu, odbijają w las. Od razu robi się nastrojowo i ciekawie. Ładny leśny odcinek szybko się jednak kończy, a my znów wychodzimy na drogę. Nią w kilka minut dochodzimy do SCHRONISKA JAGODNA (811 m n.p.m.) na przełęczy Spalona. Chata prezentuje się sympatycznie, choć otoczenie nie ma w sobie ani krztyny górskości. Mają tu dobrą kuchnię, robimy więc sobie dłuższy odpoczynek. Drewniany budynek, w którym mieści się schronisko, powstał w 1895 roku. Klimat dawnych lat, kiedy działała tu, jakżeby inaczej, popularna gospoda, można jeszcze poczuć w sali jadalnej na przeszklonej werandzie. Powrót przewidzieliśmy innym szlakiem — żółtym — tak zwaną PŁASKĄ ŚCIEŻKĄ. Spełnia obietnicę, jest rzeczywiście płaska, wiedzie cały czas lasem, bez widoków. Do samochodu wędrujemy nią prawie 2 godziny.

Schronisko Jagodna — cicho, spokojnie, sympatycznie…

Do zmroku mamy jeszcze sporo czasu postanawiamy więc odwiedzić zamek Szczerba, spod którego początkowo chcieliśmy wyruszyć na zdobycie Jagodnej. Z przyczyn logistycznych się nie udało (patrz początek wpisu), ale ruiny i tak chcemy zobaczyć. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z końca XIII wieku. Była to wówczas okazała warownia, która strzegła drogi handlowej prowadzącej przez Przełęcz Międzyleską. Kres jej świetności położyli husyci na początku XV stulecia. Potem swoje dołożyli mieszkańcy — podobno zamkowy kamień posłużył do wzniesienia browaru w Różance. Dziś można oglądać jedynie fragmenty murów z basztą i niewielki ułomek budynku mieszkalnego. Miejsce jest nastrojowe, a późną porą nawet nieco straszne. Dodatkowo można się stąd wybrać na spacer do Solnej Jamy (45 minut w jedną stronę).

Ruiny zamku Szczerba.

19 września 2017

TARNICA przez Bukowe Berdo

Widełki — Bukowe Berdo — Krzemień — Przełęcz Goprowska — Przełęcz pod Tarnicą — Tarnica — Szeroki Wierch — Ustrzyki Górne
(szlak niebieski — żółty — czerwony)

czas przejścia: 7 godzin    suma podejść: 1134 m    dystans: 20 km    trudność: **
infrastruktura: brak


Koniec wakacji postanowiliśmy spędzić w Bieszczadach. Byliśmy ciekawi, czy te góry, zupełnie odmienne w charakterze niż Tatry i skaliste partie Malej Fatry przypadną Wawkowi do gustu. Naiwnie założyliśmy, że początek września nie będzie już tak zatłoczony, tymczasem na szlakach ludzi było mnóstwo. Ponieważ Bieszczady uważane są za góry łatwe i przyjazne, królowały rodziny z małymi dziećmi oraz grupki licealnej młodzieży. Rejwach i wrzaski oraz marudzenie słychać było dosłownie co chwilę. Nie wiem dlaczego większość rodziców uznaje, że w górach można do woli krzyczeć, napominając wrzaskliwym głosem swoje pociechy: „Chodź już! Rusz się! Nie idź tam! Co robisz?! Zostaw!”. Nie dodawało to uroku tym górom i przyznam, że po pierwszym dniu — wędrówce po Połoninie Wetlińskiej — zwątpiłam, czy będzie to udany wyjazd.

Nad moimi nogami
Wyciągniętymi wygodnie
Kłębiące się chmury.
[Issa]

Pomni nieprzyjemnych wrażeń z Połoniny Wetlińskiej, Tarnicę postanowiliśmy zdobyć trasą najmniej uczęszczaną, czyli najdłuższą — przez Bukowe Berdo. W przewodnikach i w necie można znaleźć zapewnienia o dzikości tego szlaku i małej liczbie turystów. Cóż, albo moje standardy są inne, albo nie zdaję sobie sprawy z tego, co dzieje się w Bieszczadach — tych Wysokich, najbardziej znanych — podczas wakacji :-). Było raczej tłoczno (w skali 1–3 jakaś 2) i wcale nie dziko. Ale mimo wszystko: pięknie. Powoli nabierające czerwonawej barwy hale robiły ogromne wrażenie, i to nawet na zwykle obojętnym krajobrazowo Wawku. Muszę też przyznać, że Bukowe Berdo jest chyba najbardziej urozmaiconą bieszczadzką połoniną, z licznymi skałkami i oczywiście wspaniałymi panoramami.

Proponowana przez nas trasa nie tworzy pętli. Wysoki sezon, który w Bieszczadach trwa od czerwca do września, ma jednak swoje zalety. Jedną z nich jest świetnie działająca w tym czasie komunikacja zbiorowa, a dokładniej prywatne busy (niestety, drogie). Kursuje ich wówczas mnóstwo i o dojazd do Widełek, miejsca rozpoczęcia wycieczki, nie trzeba się martwić. Najlepszą opcją dla zmotoryzowanych, a wędrujący z dziećmi, zazwyczaj należą do tej kategorii, jest zostawienie samochodu w Ustrzykach Górnych (duże płatne parkingi) i podjechanie busem na miejsce startu. W ten sposób, schodząc z gór, kiedy zmęczenie daje o sobie znać, mamy zapewniony bezproblemowy i szybki powrót na kwaterę.

WIDEŁKI (580 m n.p.m.) na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniają. Ot niewielki parking i budka, w której kupuje się bilet wstępu do parku… Ale to właśnie w tej okolicy, w dolinie potoku Zwór, w 1963 roku zbudowano zagrodę dla żubrów, podejmując próbę odtworzenia populacji tych zwierząt w Bieszczadach. Udało się. Obecnie w bieszczadzkich lasach żyje około 300 żubrów i z roku na rok jest ich coraz więcej. Nie znaczy to, że króla puszczy zobaczymy, wędrując niebieskim szlakiem na Bukowe Berdo. Już szybciej mamy szansę spotkać tu niedźwiedzia, przed którym ostrzegają tablice. Nam nie było to pisane, na świeżutkie tropy miśka natknęliśmy się natomiast następnego dnia w bezludnej dolinie Balnicy. Ale to już inna opowieść.

Niebieski szlak z Widełek przez dwie godziny wiedzie leśną głuszą. Niektórym może się dłużyć :-).

Zagłębiamy się w las, wędrując za niebieskimi znakami. Początkowo jesteśmy sami. Ścieżka szybko zaczyna się ostro piąć. Zdobywamy Kopę (886 m n.p.m.), a potem obchodzimy Widełki (1016 m n.p.m.). Las jest dorodny i wraz z wysokością wyraźnie się zmienia. Wysokie drzewa przechodzą w odmiany niższe, tzw. krzywulcowe, a następnie w formy krzewiaste. To nie tylko wpływ warunków klimatycznych, ale też prowadzonej tu niegdyś gospodarki pasterskiej. Obecnie po zaniechaniu wypasu następuje renaturalizacja zbiorowisk. Po niecałych dwóch godzinach dochodzimy do wiaty, gdzie można odpocząć i zebrać siły na dalszą wędrówkę. Postanawiamy zrobić sobie popas już na odkrytym terenie, zapewniającym piękne widoki. Szybko się okazuje, że nie jest to najlepszy pomysł: niemal zaraz po wyjściu na hale atakują nas fruwające mrówki, z nieba leje się żar, a o cieniu można tylko pomarzyć. Wędrujemy więc dalej, do majaczącego w oddali węzła szlaków.

Las jak nożem uciął zamienia się w halę, wyjście na otwartą przestrzeń robi więc niesamowite wrażenie.
Zielono-żółte łany traw, w oddali kopuły szczytów… Magiczny zakątek. Poniżej węzeł szlaków, gdzie skończyła się nasza samotność na trasie.

BUKOWE BERDO ma cztery wierzchołki (wbrew temu, co twierdzi większość stron w necie). Pierwszy mijamy, zanim dojdziemy do krzyżówki z żółtym szlakiem. Nie ma nazwy, na mapach jest zaznaczany kotą 1073. Jak dotąd na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, teraz jednak nasza samotność się kończy — z Mucznego za żółtymi znakami kapie strumień turystów. Jakby na pocieszenie, od tego miejsca zaczyna się najpiękniejszy krajobrazowo odcinek trasy. Wędrujemy wąskim grzbietem, który urozmaicają liczne wychodnie skalne. Rozległe widoki pozwalają podziwiać dolinę Sanu z jednej strony, a z drugiej — Szeroki Wierch i Tarnicę. Kiedy docieramy do Szołtyni (1201 m n.p.m.), drugiego wierzchołka Bukowego Berda i przy okazji fajnej miejscówki, robimy sobie przerwę. Ta część malowniczego grzbietu nosi nazwę Połoniny Dźwiniackiej i słynie z różnorodnych form skalnych oraz cennej roślinności naskalnej. W 2014 roku ze względu na ochronę tej roślinności skorygowano przebieg szlaku. Teraz wiedzie on bardziej zboczem połoniny niż samym grzbietem i omija sporo skałek, co niektórych bardzo denerwuje.

Szołtynia (↑↓), czyli drugi wierzchołek Bukowego Berda. Z lewej, na horyzoncie majaczy Połonina Caryńska. Słowo „berdo” pochodzi od prasłowiańskiego br'do i znaczy góra, pagórek, ale również — stroma góra, przepaść. Podobno pierwotnie grzbiet zwano Pukowe Berdo, od właściciela terenu: nijakiego Puka. Austriacy, przygotowując mapy, przeinaczyli nazwę i tak otrzymaliśmy nie Pukowe, a Bukowe Berdo, które pozostało z nami do dzisiaj. Stamtąd przyszliśmy (↑), a tam idziemy (↓).

Połoniny, choć to dopiero początek września, już zaczynają przebarwiać się na rudo. Są tak malownicze, że nie można mieć pretensji o ich megapopularność. Rozległe bieszczadzkie hale mają pochodzenie naturalne, są odpowiednikiem piętra kosodrzewiny w Tatrach. Początkowo, zanim rusińscy górale, czyli Bojkowie, zaczęli wyganiać na nie bydło, miały mniejszy zasięg. Dziś, gdy pasterstwo nie ma już takiego wzięcia, powoli znów zarastają, aż do naturalnej granicy swojego występowania. Co ciekawe, ich szybkiemu kurczeniu się zapobiegają jelenie, sarny i żubry. Pasą się one na polanach i zgryzają młode sadzonki drzew i krzewów, zapobiegając szybkiemu wkraczaniu młodnika na odkryte tereny. Niegdyś „połonina” oznaczała miejsce puste, nieużytek, coś, co nie nadaje się do uprawy roli, współcześnie kojarzy się z najpiękniejszymi bieszczadzkimi krajobrazami.

Ruszamy w dalszą wędrówkę rudziejącymi odkrytymi terenami. Partie poniżej połoniny masowo porasta krzewiasta forma jarzębiny. Prawdziwą jesienią, kiedy jej owoce robią się krwistoczerwone, tereny te muszą wyglądać spektakularnie. Mijamy trzeci wierzchołek Bukowego Berda i w końcu docieramy do kulminacji grzbietu. Turyści zwą ten wierzchołek po prostu Berdem (1312 m n.p.m.), choć na mapach zaznaczany jest jedynie kotą. Żegnamy się z Połoniną Dźwiniacką. Schodzimy na niewielką przełączkę i zaczynamy podchodzić na grzbiet KRZEMIENIA (1335 m n.p.m.). Szlak nie wiedzie na sam wierzchołek, omija go z prawej strony. Na drugi pod względem wysokości szczyt polskich Bieszczadów jest dosłownie kilkanaście metrów, ale warto uszanować przepisy i zwyczajnie tam nie podchodzić. Bardzo cenna roślinność o charakterze alpejskim nie jest w stanie przetrwać rozdeptywana butami turystów. Widoki z miejsca, gdzie przygotowano ławki do siedzenia, nie różnią się od tych z wierzchołka. Są równie malownicze.

Zejście z grzbietu Krzemienia (↑) prowadzi ostro w dół po schodkach. Te schodki to właśnie efekt najazdu turystów. Żeby zminimalizować rozdeptywanie stoku i niszczenie połonin, trzeba było wyznaczyć wąski pas komunikacyjny. Schodkowa ścieżka wije się aż na Przełęcz pod Tarnicą, a nawet samą Tarnicę. Z Przełęczy Goprowskiej można podziwiać Tarnicę (↑) oraz po przeciwnej stronie masyw Krzemienia (↓) w całej okazałości. Ma on charakterystyczny kształt, z licznymi sterczącymi skałkami. Bojkom przypominał hrebień, czyli grzebień. Niektórzy starsi mieszkańcy tych terenów podobno tak właśnie go nazywali.

Zejście po schodkach na PRZEŁĘCZ GOPROWSKĄ (1160 m n.p.m.) trwa dosłownie chwilę, choć tracimy niemal 200 metrów przewyższenia. Schody nie są najwygodniejsze, miejscami odstępy pomiędzy belkami są zbyt duże, co wymaga podwójnego dreptania. Na przełęczy przez długie lata działała sezonowa baza ratowników, stąd jej nazwa. Dziś, kiedy GOPR dysponuje śmigłowcem, a Bieszczadzki Park Narodowy jest pokryty siecią dróg ratunkowych, nie ma racji bytu. Nieco powyżej przełęczy zbudowano natomiast deszczochron, czyli wiatę turystyczną. W jej pobliżu  znajduje się źródełko, z którego woda nadaje się do picia. Niestety bywa, że latem źródełko wysycha, o czym sami się przekonaliśmy. A słynne schody, nazywane przez niektórych schodami do nieba? Cóż, wzbudzają sporo kontrowersji. Z jednej strony zmniejszają wpływ człowieka na przyrodę, z drugiej psują piękny bieszczadzki krajobraz. O dzikości nie ma mowy.

Kiedy docieramy na PRZEŁĘCZ POD TARNICĄ (1276 m n.p.m.), po ostrym podejściu schodkami, wita nas tłum turystów. Większość dochodzi tu szlakiem z Wołosatego, najszybszej drogi na Tarnicę. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu prawie wszyscy zbierają się jednak do…  zejścia w dolinę. Kiedy kierujemy się na żółty szlak, który w dziesięć minut wyprowadza na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, jesteśmy niemalże sami. Na wierzchołku wprawdzie samotność nam nie grozi, ale jest naprawdę nieźle. TARNICA (1346 m n.p.m.) ma dwie kulminacje, wchodzi się na wyższą. Szczyt zdobi siedmiometrowy krzyż upamiętniający zdobycie góry przez Karola Wojtyłę. To już trzecia taka konstrukcja ustawiona na górze. Pierwszą wzniesiono w wiel­kiej ta­jem­nicy w 1979 roku, a kilka lat póź­niej przeniesiono na Halicz. W 1987 pojawił się kolejny krzyż: zniszczyła go wichura. Od 2000 roku stoi masywniejsza konstrukcja i ta na razie opiera się siłom przyrody. A nawet ściąga pioruny na grzeszących nierozwagą turystów.

Od 2009 roku szczyt Tarnicy otaczają barierki zwane prześmiewczo cielętnikiem. Sami jesteśmy sobie winni — przez lata wandale, nazwijmy rzecz po imieniu, masowo schodzili niżej i dewastowali cenną roślinność. Niestety płot na niewiele się zdaje, turyści wciąż bezmyślnie piknikują za barierkami. Z kopuły rozciąga się wspaniała panorama, przy sprzyjających warunkach można dostrzec nie tylko Tatry, ale też Gorgany. Latem w środku dnia na dalekie widoki nie ma jednak co liczyć.

Czas ruszyć dalej. Schodzimy na Przełęcz pod Tarnicą i od razu rozpoczynamy podejście na Tarniczkę (1315 m n.p.m.), która stanowi kulminację 6-kilometrowego SZEROKIEGO WIERCHU. Odkryty grzbiet zapewnia oczywiście rozległe widoki, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Pasmo biegnie równolegle do Bukowego Berda, od którego oddziela go dolina Terebowca, i podobnie jak Berdo ma cztery wierzchołki. Prowadzą nas czerwone znaki Głównego Szlaku Beskidzkiego. Od Tarniczki połonina łagodnie wiedzie w dół. Przed oczyma mamy wyniosłą piramidę Połoniny Caryńskiej, a kiedy odwracamy głowę możemy podziwiać majestatyczne gniazdo Tarnicy. Pół godziny później dochodzimy do najniższego wierzchołka Szerokiego Wierchu, na mapach oznaczanego kotą 1240, i rozpoczynamy strome zejście. Ten odcinek trasy już nam się dłuży: 1,5-godzinne zejście jest monotonne, daje o sobie znać zmęczenie, a do tego jakiś czas temu skończyła nam się woda.

Widok z Tarniczki (↑) na Przełęcz pod Tarnicą i samą Tarnicę. I Połonina Caryńska (↓) widoczna z Szerokiego Wierchu, kiedy schodzi się do Ustrzyk Górnych. Światło już popołudniowe.


Pierwsze kroki w USTRZYKACH GÓRNYCH (650 m n.p.m.), kiedy już tam docieramy, kierujemy do knajpki. Odpoczynek i dobre nawodnienie robią swoje :-). Jest jeszcze całkiem wcześnie, dochodzi 17.00, postanawiamy więc na zakończenie dnia zobaczyć cerkiew w Smolniku. Lubimy łączyć górskie wyprawy z krajoznawczymi perełkami, a drewniana cerkiew św. Michała Archanioła, obecnie kościół, jest właśnie taką perełką. Wzniesiona w 1792 roku, cztery lata temu została wpisana na listę UNESCO. Świątynia jest trójdzielna (babiniec, nawa, prezbiterium) i ma konstrukcję zrębową. Usytuowana na wzgórzu, otoczona wyniosłymi drzewami, prezentuje się wspaniale. Wnętrze, niestety, zostało pozbawione dawnego wyposażenia; zachowały się jedynie polichromia i obraz Wniebowzięcia Matki Boskiej z XVIII wieku. Wokół świątyni znajduje się dawny cmentarz przycerkiewny z kilkoma nagrobkami. Cerkiew wzniesiono w stylu archaicznym bojkowskim, co jest unikatem w naszym kraju. Niegdyś obiekty tego typu znajdowały się jeszcze w kilku innych miejscowościach, zostały jednak rozebrane lub zniszczone. Podobny styl prezentuje cerkiew z Grąziowej, eksponowana w sanockim skansenie.

Cerkiew w Smolniku. Część środkowa — nawa — jest większa niż pozostałe. Każdą część nakryto charakterystycznym czterospadowym dachem brogowym.


A to poglądowa mapa naszej trasy:

14 maja 2017

MASYW ŚNIEŻNIKA — zimowy Śnieżnik w maju

Janowa Góra — Sienna — Żmijowa Polana — Żmijowiec — Schronisko Na Śnieżniku — Śnieżnik — Janowa Góra
(szlak gminny nr 3 — szlak rowerowy zielony — czerwony — zielony — czerwony — zielony — czerwony — szlak narciarstwa biegowego)

czas przejścia: 6 godzin    suma podejść: 850 m    dystans: 17 km    trudność: *
infrastruktura: schronisko Na Śnieżniku

Zimowa w scenerii majówka — tego jeszcze nie przerabialiśmy. „Najstarsi górale czegoś takiego nie pamiętają” mogłabym napisać, gdyby tereny Masywu Śnieżnika zamieszkiwali górale. Cóż, klimat trochę nam wariuje, wszyscy ciężko na to pracujemy, może więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że głęboką wiosną w niezbyt wysokich górach czeka na turystów niemal pół metra śniegu. Warunki o tyle niekorzystne, że przy mocno świecącym słońcu śnieg szybko zamienia się w płynącą miękką breję, w lesie natomiast, gdzie promienie słoneczne tak łatwo nie docierają, tworzy wyślizgane zdradliwe powierzchnie. Idąc, można zatęsknić do betonowej białej skorupy z lutego i marca :-).

Wynajęliśmy pokój w JANOWEJ GÓRZE, najmniejszej miejscowości po polskiej stronie Masywu Śnieżnika. Mieszka tu na stałe, jak wyczytuję w necie, 12 osób, a to oznacza, że wszyscy muszą być związani z tutejszymi pensjonatami i obsługą turystów. Sama nie nazwałabym tych kilku domów nawet wsią, trudno natomiast odmówić miejscówce malowniczego położenia. W tej dawnej osadzie górniczej (wydobywano tu po wojnie rudy uranu, krótko, bo złoża okazały się marne) największe wrażenie robi kościół. Pochodzi z początku XIX wieku, jest nieużytkowany i popada w ruinę. Podobno do jego zniszczenia przyczyniły się prace górnicze. Otoczony starym cmentarzem, pod wieczór emanuje groźnym pięknem. Zapadające się groby, obłupane nagrobki, wyszczerbiony kamienny mur i drzewa zawłaszczające bryłę budynku… Nieco straszne i bardzo klimatyczne miejsce.

Niewielki kościółek św. Jana Nepomucena. Wejście zabite dechami, tablica ostrzega, że „obiekt grozi zawalaniem". We wnętrzu ostał się jedynie Jezus dramatycznie królujący gołym ścianom. 

Za najpiękniejszą trasę wyprowadzającą w okolice Śnieżnika jest uznawany szlak czerwony wiodący przez Żmijowiec. Nim właśnie zamierzamy wędrować. Na wakacjach jednak, a majówka to przecież taka tyci kanikuła, najbardziej lubimy wyruszać na szlak bezpośrednio z miejsca zamieszkania, bez korzystania z samochodu. Przy naszym pensjonacie wiedzie akurat gminny szlak pieszy nr 3. Zamiast więc maszerować asfaltem na przełęcz Puchaczówka, skąd czerwony szlak wyprowadza na jedną z atrakcji Masywu Śnieżnika — Czarną Górę z wieżą widokową, postanawiamy dotrzeć gminną ścieżką do pobliskiej Siennej, a stamtąd kombinować, co dalej. Szlak przechodzi obok zrujnowanego kościoła i zagłębia się w las. Idzie się ciężko, śniegu po kolana, wyraźnie nikt tu od kilku dni nie zaglądał. Wawkowi (jak zwykle!) przypada rola torującego. Najpierw wdrapujemy się na zbocze Janowej Góry, a potem wychodzimy na pokryte białą kołdrą łąki SIENNEJ i schodzimy do kolejnego interesującego kościoła, tym razem dobrze zachowanego, bo wciąż użytkowanego. Tu gminny szlak kończy swój bieg.

Rzut oka na dość ruchliwą drogę i… porzucamy myśl o wędrówce asfaltem na Puchaczówkę (3 kilometry). Decydujemy się odbić w stronę ośrodka narciarskiego. Majowy weekend, ludzi dużo, działa wyciąg krzesełkowy, który bezproblemowo wywozi chętnych pod szczyt Czarnej Góry — może więc skorzystać z tej opcji? Wawek stawia stanowcze weto. Dobrze. W ten sposób omijają nas wspaniałe widoki rozciągające się z wieży, ale nie doświadczamy tłumu, rejwachu i kolejki do wejścia na platformę. Postanawiamy osiągnąć grzbiet Żmijowca inaczej — zielonym szlakiem rowerowym. Prowadzi on szeroką stokówką, która, o dziwo, jest wyratrakowana, idzie się więc rewelacyjnie. Pół godziny później meldujemy się na ŻMIJOWEJ POLANIE (1049 m n.p.m.). Nie jesteśmy zmęczeni, bez odpoczynku maszerujemy więc dalej. Prowadzi nas już czerwony szlak, a że osiągnęliśmy grzbiet, przed nami spacerowy fragment trasy.

Z perspektywy Żmijowca Śnieżnik robi imponujące wrażenie.

Masyw Śnieżnika wyróżnia się niezwykłą formą — nie tworzy typowego łańcucha górskiego, ale ma kształt rozrogu, czyli z jego centralnego punktu: Śnieżnika, promieniście rozchodzi się kilka grzbietów. ŻMIJOWIEC stanowi fragment jednego z takich ramion. Jak niemal we wszystkich polskich górach i tu pod koniec XX wieku korniki wespół z kwaśnymi deszczami zniszczyły świerkowe lasy, co spowodowało, że odsłoniły się rozległe widoki. Dziś las odrasta, ale z kilku miejsc nadal można podziwiać ładne panoramy. Nieopodal najwyższego punktu Żmijowca (1153 m n.p.m.) ustawiono ławeczkę i tablicę informująca o możliwości dojścia stąd do Mariańskich Skał (poza szlakiem), z których roztaczają się malownicze pejzaże. Nieco dalej mijamy kolejne miejsce odpoczynku, tak zwany Drugi Żmijowiec, i kolejny punkt widokowy na skałkach. Kwadrans później docieramy do dużego węzła szlaków na Przełęczy Śnieżnickiej (1123 m n.p.m.).

Do tej pory wędrowaliśmy niemal samotnie, na przełęczy kłębi się jednak tłum. Mnóstwo osób, zwłaszcza rodzin z dziećmi, dociera tu spacerowym niebieskim szlakiem z Międzygórza. Do schroniska na Hali pod Śnieżnikiem prowadzi z przełęczy szeroka droga, w normalnych warunkach bezproblemowa i wygodna, dziś ociekająca białą breją zmasakrowaną tysiącami nóg. Kilkaset metrów dalej przecieram oczy ze zdumienia — szlak odśnieża dwóch panów w kufajkach. Widok w górach po prostu kuriozalny. Aż takiego zachodu i poświęcenia wymagają niedzielni turyści? Przygotowuję się psychicznie na schroniskowy armagedon — wrzaski, kolejkę do bufetu i brak miejsca dookoła. I to właśnie nas spotyka, kiedy docieramy do SCHRONISKA NA ŚNIEŻNIKU (1218 m n.p.m.). Na herbatę postanawiamy więc zatrzymać się dopiero w drodze powrotnej, będzie później, to i ludzi mniej. A teraz od razu ruszamy zielonym szlakiem na szczyt.

Schronisko Na Śnieżniku, choć duże, prezentuje się całkiem sympatycznie. Jego początki wiążą się z zagrodą pasterską Szwajcarka, którą zbudowano na hali na początku XIX wieku. Właściciel farmy — Szwajcar,  prowadził też bufet dla wędrowców. Kilkadziesiąt lat później turystów było już tak wielu, że ówczesna właścicielka tych terenów księżna Marianna Orańska sfinansowała budowę nowego schroniska. Popularność Śnieżnika stale jednak rosła i w 1871 roku dobudowano kolejny obiekt jako gospodę turystyczną — budynek obecnego schroniska. Zdjęcie zrobione już późną porą, kiedy większość turystów zeszła w doliny :-).

Podejście zapewnia piękne widoki — Śnieżnik wyrasta ponad granicę lasu, jest więc co podziwiać. Kopuła została objęta ochroną rezerwatową ze względu na rzadkie i chronione rośliny, których dziś nie mamy szans zobaczyć. Podobnie jak kozic i muflonów zamieszkujących te okolice (Masyw Śnieżnika to jedyne poza Tatrami naturalne siedlisko kozic w Polsce). Tłum i hałas potrafią skutecznie odstraszyć nawet co niektórych ludzi, o obserwacji dzikiej przyrody można więc co najwyżej pomarzyć. Jest natomiast kosodrzewina, sztucznie nasadzona, ale świetnie dająca sobie radę w tych trudnych warunkach. Trudnych nie tylko przy anomaliach pogodowych — klimat Śnieżnika nie rozpieszcza, roczna średnia temperatura na szczycie wynosi niecałe 2ºC.

Pół godziny od minięcia schroniska osiągamy cel naszej wyprawy. Widoczną oznaką tego, że jesteśmy na ŚNIEŻNIKU (1425 n.p.m.) jest sterta kamieni. To pozostałość po wieży widokowej, którą wzniesiono na szczycie w 1899 roku. Wieże były tak naprawdę dwie, z doklejonym do nich malutkim turystycznym schronem. Otwierano je w letnim sezonie, zimą klucze można było pobrać w schronisku na hali. Budowle zdobiły górę do 1973 roku, kiedy ze względu na „zły stan techniczny” zostały wysadzone przez wojsko. Na decyzję, dziś uznawaną za pochopną, wpłynęło to, że nie były to obiekty polskie: wybudowali je Niemcy (dokładnie: Kłodzkie Towarzystwo Górskie) i co gorsza nadali imię cesarza Wilhelma I. Los lubi być przewrotny: od kilku lat władze gminne szukają pieniędzy na odbudowę i kto wie, czy nie znajdą ich właśnie w Niemczech.

Szczyt Śnieżnika. Obowiązkowe zdjęcie na stercie kamieni, namiastce wieży widokowej. Poniżej wygląd wieży na początku XX wieku, a obok wizualizacja tego, co ma zostać wybudowane. Nie wygląda to dobrze. Wieżę Trzech Kultur — bo taką nazwę ma nosić — złośliwcy przyrównują do miksera, inni do latarni morskiej.

Poniżej krótki film o wieży, ciekawy choćby ze względu na stare zdjęcia.



Postanawiamy przekroczyć granicę na Śnieżniku i zejść po czeskiej stronie do kamiennej rzeźby słonia. Ze szczytu wiedzie tam czeski czerwony szlak turystyczny, dojście zajmuje w zimowych warunkach około kwadransa, latem — kilka minut. Czeska strona sprawia wrażenie znacznie dzikszej niż polska, o wiele mniej tu turystów, a ci spotykani zachowują się cicho i kulturalnie. Niestety, nie można tego powiedzieć o naszych rodakach, którzy mają skłonność w beznadziejny i krzykliwy sposób zaznaczać swoją obecność. Kiedy docieramy do słonia, właśnie jakiś polski młodzian siedzi okrakiem na rzeźbie i wrzeszczy „Juhuu”. Rechoczący koledzy robią mu zdjęcia. Słoń ma to wszystko w trąbie, my natomiast wraz z grupką Czechów z osłupieniem oglądamy to żenujące przedstawienie.

Po czeskiej stronie prawdziwa zima. Widoki przednie: na głęboką dolinę Morawy i jedno z ramion masywu. Słonik to czeski symbol Śnieżnika. Żeby się szczęściło i by wrócić jeszcze w te strony, należy go pogłaskać po trąbie lub złożyć na tej trąbie całusa. Siadać na grzbiecie nie trzeba. Skąd w ogóle taka rzeźba w takim miejscu? Stanęła tu w 1932 roku za sprawą grupy niemieckich artystów, którzy spotykali się w położonym tuż obok schronisku (dziś zostały po nim tylko ruiny). Symbolem grupy, zwanej Jescher, był właśnie słoń — jescher to podobno fonetyczny zapis odgłosu, jaki wydaje słoń, kichając :-).

Wracamy na szczyt (można od słonika pójść dalej w dół za czeskimi znakami; wkrótce doprowadzają one do granicy i polskiego zielonego szlaku, którym można wrócić na Śnieżnik). Ostatnia chwila kontemplacji widoków i schodzimy do schroniska. Tam mościmy się, by wypić herbatę i podreperować siły małym co nieco. Po konsultacji z mapą decydujemy się zejść do Janowej Góry szlakiem narciarstwa biegowego. Liczymy na to, że droga będzie przetarta, co niestety się nie sprawdza. Wycieczkę kończymy w przemoczonych butach ze słońcem chowającym się za chmurami.

***
Zanim wyruszy się w Masyw Śnieżnika, warto zdobyć dobrą mapę tych terenów z zaznaczonymi szlakami gminnymi, rowerowymi i narciarstwa biegowego. Tych dodatkowych szlaków jest tu naprawdę dużo, a co ważniejsze, pozwalają one komponować bardzo różnorodne wycieczki, często z dala od tłumów. Polecam mapę tych terenów wydaną na zlecenie gminy Stronie Śląskie. Można ją dostać za darmo w Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury w Stroniu Śląskim, które mieści się w budynku stacji kolejowej.

5 kwietnia 2017

TURBACZ z doliną Kamienicy w tle

Rzeki (przełęcz Przysłop) — Gorc Kamienicki — Jaworzyna Kamienicka — schronisko pod Turbaczem — Turbacz — przełęcz Borek — Kudłoń — Gorc Troszacki — Jaworzynka — Rzeki (przełęcz Przysłop)
(szlaki: niebieski — zielony — czerwony — żółty)

czas przejścia: 11 godzin    suma podejść: 1380 m    dystans: 31 km    trudność: ***     infrastruktura: schronisko pod Turbaczem 
Trasę rozłożyliśmy na dwa dni z noclegiem w schronisku: 
1. dzień — 6 godzin | 980 m przewyższenia | 17 km;
2. dzień — 5 godzin | 370 m przewyższenia | 14 km

Gorce długo czekały na zainteresowanie z naszej strony. I pewnie czekałyby jeszcze dłużej, gdyby nie weto Wojtka. Od roku niemal wszystkie nasze górskie wyjazdy skupiały się na Tatrach, nie inaczej miało być i tym razem — trzy dni w Zachodnich z noclegami w Chochołowskiej, a na celowniku zimowa wyrypa na Ornak i Starorobociański. Nasze raki już szczerzyły zęby w bojowym nastroju, kiedy padła kontrpropozycja Wojtka: Gorce jako odskocznia od ciągłych tatrzańskich krajobrazów. Co było robić, z bólem serca obmyśliłam gorczańską wyrypę — nie tylko długaśną, ale też z porządnym przewyższeniem (skoro z Tatr nici, zmęczmy się przynajmniej :-). Trasę łatwą orientacyjnie, wymagającą jednak niezłej kondycji, która w trudnych, zaskakująco ciężkich zimowo-wiosennych warunkach okazała się sprawdzianem wytrzymałości i siły. Prawdziwa przygoda, jak ze śmiechem, już po wszystkim, określił tę wyprawę Wawek. Tak oto, zupełnie niespodzianie, przeżyliśmy niezapomnianą dwudniową wędrówkę. Zapraszam na gorczańskie pustkowia!

RZEKI, skąd wyruszamy na szlak, to przysiółek Lubomierza. Ot kilka domów rozrzuconych niczym klocki wokół malowniczej doliny Kamienicy. Przysiółek powstał w XVII wieku, został założony przez niemieckich i czeskich osadników, którzy aż do XIX stulecia w okolicznych hutach wytwarzali szkło. Dziś wiele można o tym miejscu powiedzieć, ale na pewno nie, że tętni życiem. Samochód zostawiamy na PRZEŁĘCZY PRZYSŁOP (750 m n.p.m.) przy wiacie przystanku pekaesów. Oficjalnie nie ma tu żadnego parkingu (najbliższy znajduje się przy stacji narciarskiej 1 kilometr w stronę Lubomierza albo w dolinie Kamienicy, na polanie Trusiówka, 2 kilometry dalej), z punktu widzenia naszego powrotu z gór to jednak idealna miejscówka. Jest późno, po 13.00, tymczasem przed nami kilka godzin marszu. I to jakiego! W trudzie i znoju, ale tego nawet nie przeczuwamy.

Na razie schodzimy na dno doliny Kamienicy, najdzikszej z gorczańskich dolin. Podobno jeszcze w latach 70. XX wieku wędrówka nią wymagała niemal traperskich umiejętności. Nasz niebieski szlak przekracza jednak mostek i opuszcza Kamienicę, wraz z szeroką drogą zwózkową zagłębiając się w las. Na niebie zbierają się mało przyjazne chmury. Niewątpliwie idzie na deszcz, pytanie tylko jak duży i jak długi? Godzinę później zaczyna siąpić. Szlak z każdym kilometrem dziczeje, prowadzi nas już wąska, malownicza ścieżyna, a wokół same dorodne drzewa. Kiedy wychodzimy na niewielką polanę Świnkówka oprócz deszczu dochodzą do nas pomruki burzy. Jest ciepło i parno. Wzniesienia toną w chmurach. Nie wróży to dobrze poprawie pogody.

Polana Gorc Kamienicki. Miejsce malownicze nawet w welonie z kapuśniaczku. Co widać? Niewiele, nieco wzniesień Beskidu Wyspowego, Sądeckiego i Niskiego. Ale i tak jest malowniczo :-).

Ruszamy dalej — w stronę widocznej już wieży na Gorcu. Wychodzimy na kolejną, tym razem rozległą polanę — Gorc Kamienicki. Uznawana jest za jedną z najpiękniejszych w Gorcach i przy dobrej pogodzie muszą się stąd roztaczać przednie widoki. Na zegarku dochodzi 15.00, a ciemno jakby zapadał zmrok. Teraz już regularnie pada. Burza krąży gdzieś niedaleko. Podążamy polaną na południe i w końcu wchodzimy w świerkowy las. Dość strome podejście wyprowadza nas na GORC KAMIENICKI (1228 m n.p.m.). Jego szczyt zdobi wzniesiona niedawno, w 2015 roku, wieża widokowa. Gmina Ochotnica Dolna postanowiła przyciągnąć turystów i takich wież postawiła w okolicy więcej — kolejne są na Lubaniu i Magurkach. Dziś żadnego turysty tu nie spotykamy. Tym lepiej dla nas: w spokoju i do woli możemy podziwiać widoki. A te mimo chmur i deszczu robią wrażenie.

Wieża na Gorcu nawiązuje formą do gotyckich kościółków Małopolski. Narożniki górnej platformy (↑) są zabudowane, całość przykryta spadzistym dachem.
Przy dobrej pogodzie widoki z wieży muszą być kapitalne — Tatry, Pieniny, pasma Beskidów…
Wszystko opisano na tablicach, trzeba przecież wiedzieć na co się patrzy :-). Pogada nie pozwala nam podziwiać Tatr, chmury zwartą czapą zasnuły daleki plan, w zamian niebo jest ładnie podświetlone.
Stamtąd przyszliśmy (↑), a niżej to, co widać od strony Tatr (↓).


Kilkanaście minut później zbieramy się do dalszej drogi. Na Turbacz mamy jeszcze niemal 4 godziny wędrówki. Deszcz wciąż pada. Sam w sobie nie jest niczym strasznym, gorzej, że wyżej zaczynają się pojawiać zdradliwe płaty śniegu. Przykryte są lodową skorupą, która pod wpływem ciężaru zapada się z chrzęstem, a my co kilka kroków wpadamy w dziury, grzęznąc w nich do kolan, albo i jeszcze wyżej. Pokonać tak 100 metrów — ujdzie, ale kilkanaście kilometrów? Ciężko. Jakby tego było mało, tam gdzie nie ma śniegu, króluje błoto. Taplamy się więc na zmianę w śniegu i błocku. Wkrótce mamy mokro w butach, a spodnie pokrywają się zgniłobrązową skorupą. Kiedy kolejny raz z trudem wyciągam nogę z białej dziury, klnę pod nosem, Wawek natomiast niczym świergotek: z uśmiechem (!) wiedzie naszą trzódkę, a Gorce i te warunki go zachwycają. Patrzę na niego z podziwem.

Tuż za Gorcem Kamienickim szlak niebieski kończy swój bieg. Kolejne 3 godziny prowadzą nas znaki zielone. Las i polana, las i polana, mnóstwo śniegu oraz błota… I żywego ducha wokoło. Czasem odezwie się jakiś ptak, i to tyle. Nasze tempo jest wolne, szybsze w takich warunkach nie jest możliwe. Wędrujemy bez żadnych odpoczynków, by nie tracić cennego czasu; jakoś nie uśmiecha nam się nocne szukanie schroniska. Las sprawia wrażenie pierwotnego — ponad 50% powierzchni Gorczańskiego Parku Narodowego objęte jest ochroną ścisłą. Na takich terenach człowiek nie ingeruje w procesy przyrodnicze. Nie wycina się tu uschniętych drzew i nie zwozi tych przewróconych, stąd co i rusz leśną ścieżkę zagradzają padłe świerki, które trzeba obchodzić. Drzewa w parku masowo obumierają i zaczynają stwarzać kłopot. Każdy silniejszy wiatr łamie ich dziesiątki, a dyrekcja uczula, że (cytuję) „poruszanie się po Gorczańskim Parku Narodowym w niesprzyjających warunkach atmosferycznych (wiatr, opady śniegu, burza, gwałtowna ulewa) grozi niebezpieczeństwem wskutek upadku gałęzi i wiatrołomów”.

Polana Jaworzyna Kamienicka i jej kapliczka, czyli najstarszy zabytek sakralny w Gorczańskim Parku Narodowym. Zmierzcha się, nie mamy więc czasu, by szukać Zbójeckiej Jamy, drugiej atrakcji tych gór. Do jaskini (właściwie szczeliny) spod kapliczki prowadzi ścieżka oznaczona dojściowym szlakiem. Latem pewnie byśmy tam zaszli, ale w tych warunkach... 

W końcu, już całkowicie w zimowej scenerii, docieramy na JAWORZYNĘ KAMIENICKĄ (1288 m n.p.m.), najwyższy szczyt Gorczańskiego Parku Narodowego (Turbacz znajduje się poza granicami chronionymi). Północno-wschodnie zbocza zajmuje tu rozległa polana. W jej górnej części stoi urocza kapliczka wystawiona w 1904 roku przez legendarnego gorczańskiego bacę-uzdrowiciela Tomasza Chlipałę, zwanego Bulandą. Bulanda znany był ze swojej religijności i tego, że nie znosił przeklinania. Wielu uznawało go za czarownika — odczyniał uroki i wypędzał demony, czyli leczył ludzi i zwierzęta. Jedna z legend mówi, że tuż koło kapliczki na polanie zakopał swoją księgę z zaklęciami i uzdrowicielskimi recepturami. Jak dotąd nikomu nie udało się jej odnaleźć, choć wielu próbowało.

Cykam zdjęcie kapliczki, niemal się nie zatrzymując. Do schroniska jest stąd jeszcze prawie godzina, a w takich warunkach może i dłużej. Tymczasem na zegarze wybija 19.00. Kilka minut później docieramy do czerwonego szlaku i skręcamy za nim na Halę Długą. Przed nami ostatnia prosta — na końcu rozległych polan majaczy SCHRONISKO POD TURBACZEM (1270 m n.p.m.). Śniegu tu mniej, ale błocko okropne. I leje. Pokonujemy siodło i mozolnie podchodzimy do schroniskowego budynku. Tuż przed 20.00 wchodzimy do ciepłego holu i kierujemy się do jadalni. Schronisko jest całkowicie wymarłe, bufet zamknięty. Perspektywa nocki z burczącym brzuchem nieco warzy nam humor. Na szczęście kartka przy bufecie podaje numer telefonu gospodarza obiektu. Dzwonimy i chwilę później nie tylko dostajemy klucze do pokoju, ale też ciepły obiad! A potem udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Przytulna jadalnia i pełne brzuchy po męczącej wyrypie — tak czasami wygląda górskie szczęście :-). Potężne schronisko pod Turbaczem w świetle poranka wygląda majestatycznie. W weekendy kłębi się tu tłum turystów, my byliśmy niemal sami. Oprócz nas w schronisku nocowały 4 osoby.

Rana budzi nas słońce. Jest wietrznie, ale w porównaniu z poprzednim dniem, pogoda marzenie. O 8.00 meldujemy się na śniadaniu, wcześniej kuchnia nie działa. Buty wysuszone w schroniskowej suszarni gotowe do kolejnego dnia pracy. Przed 9.00 ruszamy na szlak. Nie spieszymy się, dziś mamy więcej czasu, a trasa jest lajtowa. Najpierw TURBACZ (1310 m n.p.m.), najwyższa góra Gorców. Spod schroniska to tylko 10 minut drogi. Wędrówka po zapadającym się śniegu, niczym powtórka z poprzedniego dnia, ale słońce wszystko zmienia. W powietrzu czuć wiosnę, aż chce się maszerować :-). Jeszcze niedawno Turbacz był całkowicie zalesiony, szkodniki świerku dotarły jednak i tu. Drzewa nieco się przerzedziły i obecnie można stąd podziwiać ograniczone widoki. Szczyt zdobi kamienny obelisk oraz żelazny krzyż z datami 1945–1985.

Turbacz. Nazwa szczytu, jak się uznaje, pochodzi od wołoskiego przymiotnika turbat ( „wściekły, szalony”). Tak Wołosi zwali pobliski potok. W góralskiej gwarze o górze mówi się Trubacz lub Trubac. Szczyt był popularnym celem wycieczek już w XIX wieku. Swoje wrażenia z pobytu na nim opisał między innymi Seweryn Goszczyński. Dzięki niemu wiemy, że 150 lat temu „widok z Turbacza na wszystkie strony przecudny, obszarem, który zajmuje i bogactwem rozmaitości”. Dzisiaj z panoramą nieco gorzej, ale cosik widać...

Wracamy pod schronisko i nie zatrzymując się, maszerujemy dalej. Dziś jesteśmy wierni jednemu szlakowi — żółtej farbie. To jeden z najciekawszych i najstarszych szlaków w Gorcach. Został wyznakowany około 1925 roku przez księdza Gadowskiego, tak, tak, tego od tatrzańskiej Orlej Perci. Łagodnie schodzimy w dół na rozległą halę Turbacz, gdzie znajduje się polowy ołtarz postawiony na pamiątkę mszy odprawionej tu przez Karola Wojtyłę. Sam ołtarz nie robi na nas wrażenia, ale zatrzymujemy się w tym miejscu na dłużej, bo wokół ciągnie się dywan… krokusów. Tego się nie spodziewaliśmy, choć wiemy, że Gorce to poza Tatrami Zachodnimi jedyne miejsce, gdzie krokus, czyli szafran spiski, występuje najliczniej. Tyle że to śnieg królował dotychczas na naszej trasie. Jeszcze kilometr stąd, w okolicy schroniska, rządziły zimowe klimaty. Tu panoszy się wiosna.

Szafran spiski rośnie tylko na koszonych lub wypasanych łąkach. Gorczański Park Narodowy jest wyjątkowy: raz albo dwa razy do roku specjalnie kosi się tu polany, by zachować to zbiorowisko roślinne. Do tego, żeby tworzyć przepiękne łany, krokusy potrzebują współpracy mrówek. To one roznoszą nasiona kwiatów po łące.

Kończymy krokusowy odpoczynek i ruszamy w dalszą drogę. Nieznacznie podchodzimy, mijając z lewej strony wierzchołek Czoła Turbacza, a potem Mostownicę, a następnie rozpoczynamy zejście na głęboko wciętą PRZEŁĘCZ BOREK (1009 m n.p.m.). Kiedyś był to ważny punkt kontaktowy na szlakach zbójnickich i kłusowniczych, a w czasie ostatniej wojny — partyzanckich. Miejsce emanuje jakąś tajemniczą, nieco złowrogą aurą. Wrażenie wynika chyba z pierwotności tutejszej przyrody. Ścieżka, zanim przywiodła nas na przełęcz, kluczyła między wystającymi korzeniami, kamieniami i powalonymi pniami, a zwarte korony potężnych drzew szumiały nam nad głowami. Swoje robi też kontrast między rozległymi polanami a dzikim w wyrazie, nietkniętym ręką człowieka lasem. Już w domu doczytuję, że w okolicy przełęczy podczas wojny dokonano kilku egzekucji. I coś zostało z tych zdarzeń w klimacie tego miejsca. Nie siedzimy tu długo, choć dla turystów przygotowano ławki i tablice informacyjne, szybko ruszamy dalej.

Żółty szlak, czyli przeplatanka rozległych polan i dorodnego lasu. Powyżej hala Turbacz (z lewej widać odbicie na Czoło Turbacza), poniżej — powalone drzewa na leśnym dukcie, tu akurat jeszcze nie tak dzikim.


Zeszliśmy na przełęcz, to teraz podchodzimy — przed nami czwarty co do wysokości szczyt w Gorcach. Zanim na niego docieramy, co zajmuje około godziny, mijamy ładną polanę Przysłopek. Niekoszona, zarasta borówczyskami i świerkami. Podobno wczesnym rankiem lub wieczorem łatwo spotkać tu sarny i jelenie, a także duże drapieżniki — wilki i rysie. Że nie są to bajki uświadamiają nam ślady, wyraźne odciśnięte w błotnistej brei ścieżki. Zostawił je jakiś wilk włóczęga i to całkiem, całkiem niedawno. Potem kolejna ładna polana — Pustak, z której roztacza się malowniczy widok na najwyższe gorczańskie szczyty, i w końcu KUDŁOŃ (1274 m n.p.m.), a dokładniej zbocze Kudłonia, bo na sam szczyt żółty szlak akurat nie wyprowadza (trzeba odbić za czarnymi znakami, dojście zajmuje dosłownie chwilę :-). Bez odpoczynku maszerujemy dalej, na kolejną polanę, Gorc Troszacki. Niezwykle malownicza, oferuje świetne widoki i nieco… zadumy. Znajdują się tu groby dwóch rosyjskich partyzantów z okresu II wojny światowej. Mogiły są zadbane, ozdobione nostalgicznymi brzozowymi prawosławnymi krzyżami, choć sowieccy żołnierze nie zapisali się najlepiej w pamięci tutejszych ludzi.

Gorc Troszacki. Grób zdobiony prostym prawosławnym krzyżem i wiszący w jego pobliżu „nasz znak". Partyzanci sowieccy pojawili się w Gorcach w 1944 roku. Oddziały, które tu stworzyli, miały między innymi rozpracować żołnierzy AK walczących w tym rejonie.

Na Gorcu Troszackim robimy sobie krótki odpoczynek. Zachęcają do tego ława i tablica opisująca to, co można stąd zobaczyć. Przejrzystość powietrza jest fatalna, widzimy więc niewiele, ale jakoś nam to nie przeszkadza. Kolejne minuty to zejście dość stromym stokiem na polanę Adamówka (świetny widok na Beskid Wyspowy), a potem lajtowa wędrówka na polanę Podskały zdobioną kilkoma szałasami, pozostałością po dawnych wypasach. Niestety część gorczańskich szałasów popada w ruinę. Te, które mają właścicieli, jeszcze bronią się przed zagładą, reszta dogorywa. Swoje dokładają turyści, bywa, że rozpalają w pobliżu ogniska, a odchodząc, dokładnie ich nie zagaszają. Od takiego zaprószenia spłonął właśnie jeden z szałasów na Podskałach.

Podskały. Polana powstała na skutek wielowiekowej działalności człowieka. Jeszcze pod koniec XX wieku prowadzono tu wypas owiec, choć kierdele nie były duże.

Bez większego wysiłku, w spacerowym tempie podchodzimy na szczyt JAWORZYNKI (1026 m n.p.m.). W przeszłości rosły tu bardzo licznie jawory, od których pochodzi nazwa szczytu i polany. Czas się żegnać z Gorcami. Przysiadamy na ławie i chłoniemy ostatnie tego dnia widoki. Przed nami pięknie prezentuje się Beskid Wyspowy. Teraz już tylko stromo w dół i powrót do domu. Żal, że czas tej wędrówki dobiegł już końca.

Jaworzynka. Nieco poniżej szczytu przebiega granica Gorczańskiego Parku Narodowego. Nie chce się ruszać na dół, do cywilizacji… Widoki przednie: na Beskid Wyspowy (↑) i Gorc Kamienicki (↓).

***
Trasa dookoła doliny Kamienicy jest niezwykle atrakcyjna krajobrazowo — kompleksy polan, szałasy nadgryzione zębem czasu i widoki na wszystkie strony świata — przy ładnej pogodzie naprawdę jest co podziwiać. Do tego szlaki zapewniają samotność. To chyba najdłuższe z możliwych dojść na Turbacz w Gorczańskim Parku Narodowym — z Rzek idzie się do schroniska aż 6 godzin. Nic dziwnego, że podczas dwóch dni na całej trasie spotkaliśmy trzy osoby, w tym goprowca zmierzającego do pracy. Nawet biorąc poprawkę na to, że wędrowaliśmy w ciągu tygodnia i podczas delikatnie mówiąc kiepskiej pogody, i tak tereny były zaskakująco wyludnione. Latem i w weekendy turystów jest tu oczywiście więcej, ale zwykle wędrują oni tylko do wieży na Gorcu lub najkrótszą drogą na Turbacz.

Wrażenia? Megapozytywne. Nawet w zimowo-wiosennej aurze, która nie sprzyja krajobrazowym zachwytom, góry te rzuciły na nas urok. Wrócimy tu kiedy wiosna wybuchnie pełną parą. Wyprawa, kilkudniowa, już zaplanowana :-).

Gorczańskie szałasy — na polanie Podskały (↑) i pod Jaworzynką (↓).


Poglądowa mapka naszej trasy

Latem, kiedy długo jest jasno, trasę można zrobić w jeden dzień. Wymaga trochę kondycji, bo 31 kilometrów i niezłe przewyższenie do pokonania to nie w kij dmuchał.

5 maja 2016

MOGIELICA, góra samobójców

Słopnice Królewskie — Przełęcz Rydza-Śmigłego — Mogielica — Słopnice Królewskie; dodatkowo cmentarze z czasów I wojny światowej w okolicy Limanowej (nr 368 i 369)
(szlaki: zielony — żółty; do cmentarzy: niebieski)

czas przejścia: 3,5 godziny | z cmentarzami 5 godzin    suma podejść: 600 m | 700 m
dystans: 9,5 km | 11 km    trudność: *
   infrastruktura: brak

Beskid Wyspowy to wciąż kraina przez nas nieodkryta. Z Bielska-Białej niby blisko, ale zawsze jakoś nie po drodze. W majowy weekend postanowiliśmy nadrobić zaległości i zdobyć Mogielicę (1170 m n.p.m.), najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego. Poszliśmy na łatwiznę, wyznaczyliśmy trasę niedługą, wszystko dlatego, że chcieliśmy jeszcze odwiedzić cmentarze z okresu I wojny światowej. Jest ich w Beskidzie Wyspowym sporo, a my jesteśmy nimi urzeczeni od czasu wyprawy w Beskid Niski. Długo nie chciano pamiętać o tych żołnierskich grobach, mogiły zdążyły zniszczeć i zarosnąć, kamienne mury rozpaść się, a drewniane krzyże spróchnieć… Od kilku lat ratuje się to, co ocalało. Warto odwiedzać te miejsca, by w ciszy i spokoju pokontemplować góry i zadumać się nad człowieczym losem.
Zostanie tyle gór ile udźwignąłem na plecach
Zostanie tyle drzew ile narysowało pióro
Ja tylko zniknę w starym lesie bukowym
Tak jakbym wrócił do siebie | Po prostu wrócę do domu
[Jerzy Harasymowicz Zostanie tyle gór] 
Z PRZEŁĘCZY RYDZA-ŚMIGŁEGO wiedzie jedna z najpopularniejszych tras na Mogielicę — krótka, z dwoma ładnymi halami widokowymi po drodze. Sama przełęcz to miejsce o znaczeniu historycznym — w grudniu 1914 roku doszło tu do potyczki (zwycięskiej) między oddziałem polskich legionistów pod dowództwem Edwarda Rydza-Śmigłego a szwadronem kawalerii rosyjskiej. O tym wydarzeniu i o osobie marszałka przypomina drewniany krzyż oraz kamienny obelisk. Pomnik sam w sobie nie jest interesujący, znacznie ciekawsze są widoki, jakie rozpościerają się z przełęczy. Przy dobrej pogodzie da się stąd podziwiać wzniesienia Gorców, Babią Górę, Ćwilin oraz Śnieżnicę. Wygodna asfaltówka, którą można się dostać na przełęcz od strony Słopnic, została ukończona w 2010 roku. Na niektórych mapach, na przykład na naszej, wciąż figuruje ona jako gruntówka.

Beskidy lubią stroić się w kapliczki,
a Beskid Wyspowy jest chyba ich rajem. Kapliczki
zachwycają tu różnorodnością i kolorami. Ta, otoczona
kępą drzew, stoi na Przełęczy Rydza-Śmigłego.
Zielony szlak, którym mieliśmy wdrapywać się na Mogielicę, nazwano imieniem Leopolda Węgrzynowicza, działacza społecznego, który propagował kulturę ludową z obszaru Beskidu Wyspowego oraz walory krajoznawcze pasma. Węgrzynowicz mieszkał w niedalekiej Dobrej, skąd zielony szlak startuje, prowadząc w pierwszej kolejności przez urokliwy Łopień. Jeszcze w domu nastawiliśmy się na mały tłum turystów na trasie — w końcu czego można się spodziewać w długi majowy weekend na najwyższym szczycie pasma zdobionym wieżą widokową? Na szczęście Beskid Wyspowy wciąż nie należy do obleganych gór, rzeczywistość okazała się więc całkiem znośna. Niewielki tłum czekał na nas dopiero pod wieżą (dociera tu kilka szlaków), przed i po tej atrakcji było raczej cicho i samotnie.

W drodze na Mogielicę: polana Mocurka z malutkim szałasem pasterskim. W Beskidzie Wyspowym wciąż wypasa się owce, ale kierdele nie są duże. Podobno, bo owiec nie spotkaliśmy, na tej hali latem skubią sobie trawę.

Według oznakowań z przełęczy na Mogielicę idzie się 2,5 godziny. To czas bardzo zawyżony albo po prostu pomyłka. Nam w raczej niespiesznym tempie podejście zajęło 1,5 godziny. Na trasie jest kilka stromych podejść, ale taki urok Beskidów, zwłaszcza Wyspowego: góry niewysokie, jednak przewyższenia do pokonania znaczne. Jeden z takich ostrzejszych fragmentów wyprowadza na Polanę Wyśnikówkę malowniczo położoną tuż pod szczytem Mogielicy.To nie tylko świetny punkt widokowy, ale też doskonałe miejsce na odpoczynek. Można rozłożyć się na trawie i patrzeć w stuporze zachwytu przed siebie. Po wojnie na polanie wypasano owce, dziś jednak hala nie jest użytkowana i powoli zarasta.

Pogoda się psuje, a mimo to nie chce się stąd odchodzić…

Z Polany Wyśnikówki na Mogielicę i jej wieżę jest dosłownie 15 minut drogi. Na zalesioną kopułę prowadzi wąska, malownicza ścieżka. Wkraczamy na teren rezerwatu przyrody Mogielica i warto zachować tu ciszę. Wrzaski dzieci (niestety także ich rodziców) do gór nie pasują, tworzą okropny dysonans, a w rezerwacie są zwyczajnie zabronione. Kopuła Mogielicy, na której zachował się naturalny bór górnoreglowy (jedyne takie miejsce w Beskidzie Wyspowym), to siedlisko wielu rzadkich gatunków ptaków, przede wszystkim głuszca. Gniazdują tu także dzięcioły trójpalczaste i białogrzbiete, sóweczki, włochatki, czeczotki, zalatują puszczyki i puchacze, orliki krzykliwe oraz orły przednie. To jedynie wycinek z długiej listy skrzydlatych gości, naukowcy naliczyli tu niemal tyle samo gatunków ptaków co w Gorczańskim Parku Narodowym. Jeśli zachowamy ciszę, niektóre z nich zapewne usłyszymy, a przy odrobinie szczęścia i uwagi może nawet zobaczymy. Obcowanie z przyrodą nabiera wtedy zupełnie innej jakości.

Wieża na Mogielicy jest bliźniaczo podobna do tej
na Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. Przy
dobrej pogodzie widać z niej oczywiście Tatry.
Spektakularne są wschody i zachody słońca.

Wieżę widokową na MOGIELICY postawiono w 2008 roku wbrew przyrodnikom, ale ku wielkiemu zadowoleniu okolicznych gmin, które oczami wyobraźni już widziały rzesze turystów w regionie i szybki napływ gotówki. Niedzielnych spacerowiczów rzeczywiście przybyło (jest w końcu konkretny cel wycieczki :-), ale czy wydają oni pieniądze w okolicy? Wątpię, skoro przez tyle lat nie powstał nawet żaden zajazd czy bar na przełęczy. Zostawiając te dywagacje na boku, trzeba przyznać, że 20-metrowej wysokości wieża zapewnia wspaniałe widoki. Z mniejszymi dziećmi lepiej na nią nie wchodzić — schody, ba, to właściwie drabiny — są strome, kiepsko zabezpieczone po bokach, niebezpieczne. Nazwa szczytu, przynajmniej dla mnie, kojarzy się z mogiłą. Jak się okazuje, ma to swoje uzasadnienie. W dawnych czasach, kiedy kościół nie zgadzał się, by na cmentarzach chowano ludzi, którzy zeszli z ziemskiego padołu w nienaturalny sposób (czytaj: na własne życzenie), zwłoki samobójców wywożono podobno na stromy północny stok Mogielicy i zostawiano na pastwę wilków i ptaków. W ten sposób królowa Beskidu Wyspowego została ochrzczona „górą mogił", czyli Mogielicą.

Widok na Taterki z wieży na Mogielicy. Zaraz lunie...

Czas pomyśleć o zejściu. Zaplanowaliśmy go szlakiem żółtym do Słopnic, tak by zatoczyć kółko i bez problemu wrócić do samochodu zaparkowanego gdzieś przy polnej drodze. Większość stron internetowych twierdzi, że najpiękniejsze panoramy roztaczają się z Hali Stumorgowej, która zajmuje południowo-zachodni grzbiet Mogielicy. Tym razem postanowiliśmy jednak na tę polanę nie schodzić, choć ze szczytu to pięć minut drogi. Wszystko po to, by mieć pretekst do bardziej wymagającego zdobycia Mogielicy z Lubomierza (czas pokaże, czy wybieg ten przyniesie zamierzony efekt :-). Opuszczając gwarny szczyt, zaszliśmy natomiast pod krzyż papieski. Rozciąga się spod niego ładna panorama Pasma Radziejowej, Gorców i Tatr Wysokich. Gwarna wycieczka grillująca (!) kiełbaski, szybko nas jednak stamtąd wygoniła.

Reprezentacyjny cmentarz wojenny okręgu limanowskiego — nr 368. Zaprojektował go kapitan
Gustav Ludwig, po wojnie znany architekt monachijski. Znajdują się tu groby żołnierzy austriackich
i rosyjskich. Nagrobki żołnierzy austriackich zwieńczone są żeliwnym krzyżem, żołnierzy rosyjskich — krzyżem podwójnym, prawosławnym.

Żółty szlak do Słopnic okazał się bezproblemowy, ale też mało widokowy. Kogo czas nie goni, może po drodze odbić do miejsca katastrofy niemieckiego samolotu Heinkel. Rozbił się on na zboczach Mogielicy w styczniu 1944 r. Dojście wskazują biało-czerwone kwadraty ścieżki dydaktyczno-historycznej, która przecina żółty szlak. Sami darowaliśmy sobie oględziny tego miejsca i godzinę później mknęliśmy już do Limanowej. Postanowiliśmy odwiedzić CMENTARZ WOJENNY NR 368 — reprezentacyjny obiekt okręgu limanowskiego upamiętniający walki o wzgórze Jabłoniec. To jeden z najokazalszych cmentarzy zachodniogalicyjskich, ładnie położony, choć przez bliskość miasta i wypielęgnowanie z mało nostalgicznym klimatem. Pomnik główny to okazała ośmioboczna kaplica, która przywodzi na myśl florencką Santa Maria del Fiore.

Cmentarz wojenny nr 369. Założono go na początku 1915 roku, zaraz po ustaniu walk w okolicy Limanowej.

Na kolejnym wzgórzu znajduje się CMENTARZ WOJENNY NR 369. Z Jabłońca można do niego dotrzeć niebieskim szlakiem. Znaki wiodą głównie asfaltem, ale warto wyruszyć w tę wędrówkę, bo cmentarz na Golcowie należy do najpiękniejszych w okolicy Limanowej. Niby to tylko kilka zmurszałych nagrobków otoczonych prostym ogrodzeniem, ale skromność założenia, oddalenie od zabudowań i malowniczy widok na góry chwytają za serce. Zapatrzeni w krajobraz i dawne dzieje spędzamy tu sporo czasu. Powrót jest cichy.