Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2017

MASYW ŚNIEŻNIKA — zimowy Śnieżnik w maju

Janowa Góra — Sienna — Żmijowa Polana — Żmijowiec — Schronisko Na Śnieżniku — Śnieżnik — Janowa Góra
(szlak gminny nr 3 — szlak rowerowy zielony — czerwony — zielony — czerwony — zielony — czerwony — szlak narciarstwa biegowego)

czas przejścia: 6 godzin    suma podejść: 850 m    dystans: 17 km    trudność: *
infrastruktura: schronisko Na Śnieżniku

Zimowa w scenerii majówka — tego jeszcze nie przerabialiśmy. „Najstarsi górale czegoś takiego nie pamiętają” mogłabym napisać, gdyby tereny Masywu Śnieżnika zamieszkiwali górale. Cóż, klimat trochę nam wariuje, wszyscy ciężko na to pracujemy, może więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że głęboką wiosną w niezbyt wysokich górach czeka na turystów niemal pół metra śniegu. Warunki o tyle niekorzystne, że przy mocno świecącym słońcu śnieg szybko zamienia się w płynącą miękką breję, w lesie natomiast, gdzie promienie słoneczne tak łatwo nie docierają, tworzy wyślizgane zdradliwe powierzchnie. Idąc, można zatęsknić do betonowej białej skorupy z lutego i marca :-).

Wynajęliśmy pokój w JANOWEJ GÓRZE, najmniejszej miejscowości po polskiej stronie Masywu Śnieżnika. Mieszka tu na stałe, jak wyczytuję w necie, 12 osób, a to oznacza, że wszyscy muszą być związani z tutejszymi pensjonatami i obsługą turystów. Sama nie nazwałabym tych kilku domów nawet wsią, trudno natomiast odmówić miejscówce malowniczego położenia. W tej dawnej osadzie górniczej (wydobywano tu po wojnie rudy uranu, krótko, bo złoża okazały się marne) największe wrażenie robi kościół. Pochodzi z początku XIX wieku, jest nieużytkowany i popada w ruinę. Podobno do jego zniszczenia przyczyniły się prace górnicze. Otoczony starym cmentarzem, pod wieczór emanuje groźnym pięknem. Zapadające się groby, obłupane nagrobki, wyszczerbiony kamienny mur i drzewa zawłaszczające bryłę budynku… Nieco straszne i bardzo klimatyczne miejsce.

Niewielki kościółek św. Jana Nepomucena. Wejście zabite dechami, tablica ostrzega, że „obiekt grozi zawalaniem". We wnętrzu ostał się jedynie Jezus dramatycznie królujący gołym ścianom. 

Za najpiękniejszą trasę wyprowadzającą w okolice Śnieżnika jest uznawany szlak czerwony wiodący przez Żmijowiec. Nim właśnie zamierzamy wędrować. Na wakacjach jednak, a majówka to przecież taka tyci kanikuła, najbardziej lubimy wyruszać na szlak bezpośrednio z miejsca zamieszkania, bez korzystania z samochodu. Przy naszym pensjonacie wiedzie akurat gminny szlak pieszy nr 3. Zamiast więc maszerować asfaltem na przełęcz Puchaczówka, skąd czerwony szlak wyprowadza na jedną z atrakcji Masywu Śnieżnika — Czarną Górę z wieżą widokową, postanawiamy dotrzeć gminną ścieżką do pobliskiej Siennej, a stamtąd kombinować, co dalej. Szlak przechodzi obok zrujnowanego kościoła i zagłębia się w las. Idzie się ciężko, śniegu po kolana, wyraźnie nikt tu od kilku dni nie zaglądał. Wawkowi (jak zwykle!) przypada rola torującego. Najpierw wdrapujemy się na zbocze Janowej Góry, a potem wychodzimy na pokryte białą kołdrą łąki SIENNEJ i schodzimy do kolejnego interesującego kościoła, tym razem dobrze zachowanego, bo wciąż użytkowanego. Tu gminny szlak kończy swój bieg.

Rzut oka na dość ruchliwą drogę i… porzucamy myśl o wędrówce asfaltem na Puchaczówkę (3 kilometry). Decydujemy się odbić w stronę ośrodka narciarskiego. Majowy weekend, ludzi dużo, działa wyciąg krzesełkowy, który bezproblemowo wywozi chętnych pod szczyt Czarnej Góry — może więc skorzystać z tej opcji? Wawek stawia stanowcze weto. Dobrze. W ten sposób omijają nas wspaniałe widoki rozciągające się z wieży, ale nie doświadczamy tłumu, rejwachu i kolejki do wejścia na platformę. Postanawiamy osiągnąć grzbiet Żmijowca inaczej — zielonym szlakiem rowerowym. Prowadzi on szeroką stokówką, która, o dziwo, jest wyratrakowana, idzie się więc rewelacyjnie. Pół godziny później meldujemy się na ŻMIJOWEJ POLANIE (1049 m n.p.m.). Nie jesteśmy zmęczeni, bez odpoczynku maszerujemy więc dalej. Prowadzi nas już czerwony szlak, a że osiągnęliśmy grzbiet, przed nami spacerowy fragment trasy.

Z perspektywy Żmijowca Śnieżnik robi imponujące wrażenie.

Masyw Śnieżnika wyróżnia się niezwykłą formą — nie tworzy typowego łańcucha górskiego, ale ma kształt rozrogu, czyli z jego centralnego punktu: Śnieżnika, promieniście rozchodzi się kilka grzbietów. ŻMIJOWIEC stanowi fragment jednego z takich ramion. Jak niemal we wszystkich polskich górach i tu pod koniec XX wieku korniki wespół z kwaśnymi deszczami zniszczyły świerkowe lasy, co spowodowało, że odsłoniły się rozległe widoki. Dziś las odrasta, ale z kilku miejsc nadal można podziwiać ładne panoramy. Nieopodal najwyższego punktu Żmijowca (1153 m n.p.m.) ustawiono ławeczkę i tablicę informująca o możliwości dojścia stąd do Mariańskich Skał (poza szlakiem), z których roztaczają się malownicze pejzaże. Nieco dalej mijamy kolejne miejsce odpoczynku, tak zwany Drugi Żmijowiec, i kolejny punkt widokowy na skałkach. Kwadrans później docieramy do dużego węzła szlaków na Przełęczy Śnieżnickiej (1123 m n.p.m.).

Do tej pory wędrowaliśmy niemal samotnie, na przełęczy kłębi się jednak tłum. Mnóstwo osób, zwłaszcza rodzin z dziećmi, dociera tu spacerowym niebieskim szlakiem z Międzygórza. Do schroniska na Hali pod Śnieżnikiem prowadzi z przełęczy szeroka droga, w normalnych warunkach bezproblemowa i wygodna, dziś ociekająca białą breją zmasakrowaną tysiącami nóg. Kilkaset metrów dalej przecieram oczy ze zdumienia — szlak odśnieża dwóch panów w kufajkach. Widok w górach po prostu kuriozalny. Aż takiego zachodu i poświęcenia wymagają niedzielni turyści? Przygotowuję się psychicznie na schroniskowy armagedon — wrzaski, kolejkę do bufetu i brak miejsca dookoła. I to właśnie nas spotyka, kiedy docieramy do SCHRONISKA NA ŚNIEŻNIKU (1218 m n.p.m.). Na herbatę postanawiamy więc zatrzymać się dopiero w drodze powrotnej, będzie później, to i ludzi mniej. A teraz od razu ruszamy zielonym szlakiem na szczyt.

Schronisko Na Śnieżniku, choć duże, prezentuje się całkiem sympatycznie. Jego początki wiążą się z zagrodą pasterską Szwajcarka, którą zbudowano na hali na początku XIX wieku. Właściciel farmy — Szwajcar,  prowadził też bufet dla wędrowców. Kilkadziesiąt lat później turystów było już tak wielu, że ówczesna właścicielka tych terenów księżna Marianna Orańska sfinansowała budowę nowego schroniska. Popularność Śnieżnika stale jednak rosła i w 1871 roku dobudowano kolejny obiekt jako gospodę turystyczną — budynek obecnego schroniska. Zdjęcie zrobione już późną porą, kiedy większość turystów zeszła w doliny :-).

Podejście zapewnia piękne widoki — Śnieżnik wyrasta ponad granicę lasu, jest więc co podziwiać. Kopuła została objęta ochroną rezerwatową ze względu na rzadkie i chronione rośliny, których dziś nie mamy szans zobaczyć. Podobnie jak kozic i muflonów zamieszkujących te okolice (Masyw Śnieżnika to jedyne poza Tatrami naturalne siedlisko kozic w Polsce). Tłum i hałas potrafią skutecznie odstraszyć nawet co niektórych ludzi, o obserwacji dzikiej przyrody można więc co najwyżej pomarzyć. Jest natomiast kosodrzewina, sztucznie nasadzona, ale świetnie dająca sobie radę w tych trudnych warunkach. Trudnych nie tylko przy anomaliach pogodowych — klimat Śnieżnika nie rozpieszcza, roczna średnia temperatura na szczycie wynosi niecałe 2ºC.

Pół godziny od minięcia schroniska osiągamy cel naszej wyprawy. Widoczną oznaką tego, że jesteśmy na ŚNIEŻNIKU (1425 n.p.m.) jest sterta kamieni. To pozostałość po wieży widokowej, którą wzniesiono na szczycie w 1899 roku. Wieże były tak naprawdę dwie, z doklejonym do nich malutkim turystycznym schronem. Otwierano je w letnim sezonie, zimą klucze można było pobrać w schronisku na hali. Budowle zdobiły górę do 1973 roku, kiedy ze względu na „zły stan techniczny” zostały wysadzone przez wojsko. Na decyzję, dziś uznawaną za pochopną, wpłynęło to, że nie były to obiekty polskie: wybudowali je Niemcy (dokładnie: Kłodzkie Towarzystwo Górskie) i co gorsza nadali imię cesarza Wilhelma I. Los lubi być przewrotny: od kilku lat władze gminne szukają pieniędzy na odbudowę i kto wie, czy nie znajdą ich właśnie w Niemczech.

Szczyt Śnieżnika. Obowiązkowe zdjęcie na stercie kamieni, namiastce wieży widokowej. Poniżej wygląd wieży na początku XX wieku, a obok wizualizacja tego, co ma zostać wybudowane. Nie wygląda to dobrze. Wieżę Trzech Kultur — bo taką nazwę ma nosić — złośliwcy przyrównują do miksera, inni do latarni morskiej.

Poniżej krótki film o wieży, ciekawy choćby ze względu na stare zdjęcia.



Postanawiamy przekroczyć granicę na Śnieżniku i zejść po czeskiej stronie do kamiennej rzeźby słonia. Ze szczytu wiedzie tam czeski czerwony szlak turystyczny, dojście zajmuje w zimowych warunkach około kwadransa, latem — kilka minut. Czeska strona sprawia wrażenie znacznie dzikszej niż polska, o wiele mniej tu turystów, a ci spotykani zachowują się cicho i kulturalnie. Niestety, nie można tego powiedzieć o naszych rodakach, którzy mają skłonność w beznadziejny i krzykliwy sposób zaznaczać swoją obecność. Kiedy docieramy do słonia, właśnie jakiś polski młodzian siedzi okrakiem na rzeźbie i wrzeszczy „Juhuu”. Rechoczący koledzy robią mu zdjęcia. Słoń ma to wszystko w trąbie, my natomiast wraz z grupką Czechów z osłupieniem oglądamy to żenujące przedstawienie.

Po czeskiej stronie prawdziwa zima. Widoki przednie: na głęboką dolinę Morawy i jedno z ramion masywu. Słonik to czeski symbol Śnieżnika. Żeby się szczęściło i by wrócić jeszcze w te strony, należy go pogłaskać po trąbie lub złożyć na tej trąbie całusa. Siadać na grzbiecie nie trzeba. Skąd w ogóle taka rzeźba w takim miejscu? Stanęła tu w 1932 roku za sprawą grupy niemieckich artystów, którzy spotykali się w położonym tuż obok schronisku (dziś zostały po nim tylko ruiny). Symbolem grupy, zwanej Jescher, był właśnie słoń — jescher to podobno fonetyczny zapis odgłosu, jaki wydaje słoń, kichając :-).

Wracamy na szczyt (można od słonika pójść dalej w dół za czeskimi znakami; wkrótce doprowadzają one do granicy i polskiego zielonego szlaku, którym można wrócić na Śnieżnik). Ostatnia chwila kontemplacji widoków i schodzimy do schroniska. Tam mościmy się, by wypić herbatę i podreperować siły małym co nieco. Po konsultacji z mapą decydujemy się zejść do Janowej Góry szlakiem narciarstwa biegowego. Liczymy na to, że droga będzie przetarta, co niestety się nie sprawdza. Wycieczkę kończymy w przemoczonych butach ze słońcem chowającym się za chmurami.

***
Zanim wyruszy się w Masyw Śnieżnika, warto zdobyć dobrą mapę tych terenów z zaznaczonymi szlakami gminnymi, rowerowymi i narciarstwa biegowego. Tych dodatkowych szlaków jest tu naprawdę dużo, a co ważniejsze, pozwalają one komponować bardzo różnorodne wycieczki, często z dala od tłumów. Polecam mapę tych terenów wydaną na zlecenie gminy Stronie Śląskie. Można ją dostać za darmo w Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury w Stroniu Śląskim, które mieści się w budynku stacji kolejowej.

29 stycznia 2017

TRZYDNIOWIAŃSKI WIERCH — zimowy debiut w Tatrach

Dolina Chochołowska (Siwa Polana) — Polana Trzydniówka — Trzydniowiański Wierch — Dolina Jarząbcza — Polana Chochołowska — Siwa Polana
(szlaki: zielony — czerwony — zielony)

czas przejścia: 7–8 godzin    suma podejść: 930 m    dystans: 18 km    trudność: **     infrastruktura: schronisko na Polanie Chochołowskiej

Wycieczki w Tatry zimową porą — długo pozostawało to u nas w sferze planowania. Łażenie tylko po dolinach nie bardzo nas pociągało, nawet jeśli doliny te miały wyglądać w białej szacie zupełnie wyjątkowo, natomiast zdobywanie tatrzańskich szczytów zimą wydawało nam się trudne. Bądź co bądź można nas nazwać zimowymi laikami — zaśnieżone Beskidy to w przeważającej części lajtowe klimaty, a tylko po nich w takim czasie chodziliśmy :-). Zwyczajnie baliśmy się tego pierwszego zimowego wyjazdu w wysokie góry. W tym roku w ferie pogoda jednak tak dopisała, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Decyzja o wyjeździe i zmierzeniu się z białymi Tatrami zapadła wręcz błyskawicznie, nie było czasu na roztrząsanie, czy damy radę.

Na nasz zimowy debiut wybraliśmy widokowy Trzydniowiański Wierch. To jeden z łatwiejszych szczytów do zdobycia zimą, co fajne — z Doliny Chochołowskiej da się na niego wejść i zejść różnymi szlakami, przy czym pętla nie jest zbyt długa, akuratna na krótki zimowy dzień. Ważne: Trzydniowiański jest w miarę bezpieczny pod względem lawinowym, a pierwszy stopień zagrożenia lawinowego, czyli niski, który ogłoszono właśnie w górach, dał nam dodatkowy komfort, że nie szarżujemy. Do tego pogoda nadzwyczaj stabilna, słońce, niezbyt duży mróz i bezwietrznie. Jednym słowem idealne warunki do wędrówki. Raki, kijki, okulary, odpowiedni krem, dobre rękawice, sporo gorącej herbaty i słodkich energetyków… No i mapa oraz czołówki. Gotowi? Wyruszamy.

Na parkingu w DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ (907 m n.p.m.) meldujemy się sporo po 9.00 rano. Dosyć późno, ale poranna temperatura nie zachęca do wcześniejszego wyjścia z domu. Na termometrze –10⁰C, ludzi w dolinie garstka. Początek trasy to nuda — żeby dojść do czerwonego szlaku wyprowadzającego na grań, trzeba przetruchtać chochołowskim gościńcem 6 kilometrów. To półtorej godziny marszu mało urozmaiconą drogą. Ale co robić, inaczej się nie da — kolejka zimą nie kursuje, a chętnie byśmy z niej skorzystali, by mieć więcej czasu na górze. W końcu docieramy do POLANY TRZYDNIÓWKA (1081 m n.p.m.), polany tylko z nazwy, miejsce jest całkowicie zalesione. Czas założyć raki, dla Wawka i dla nas to pierwszy raz :-). Trochę nam schodzi, zanim dobrze zamocujemy zęby na butach, ale potem idzie już z górki, choć pod górkę. Na Trzydniowiański Wierch mamy stąd 4,5 kilometra marszu i 670 metrów przewyższenia do pokonania. Obawy, że w rakach będzie nam się niezdarnie szło, szybko się rozwiewają.

Po wyjściu na grań. Słońce świeci nad celem naszej wyprawy…

Na szlaku nie jesteśmy sami, oprócz piechurów są też skitourowcy. W rakach pokonywanie śnieżnych pól jest naprawdę łatwe, a poczucie stabilności i dobrego zakotwiczenia — bezcenne. Tym bardziej że szlak jest niezwykle stromy — pnie się jak strzelił Krowim Żlebem, wyciskając ze wszystkich siódme poty. Niecały kilometr dalej odbijamy w leśną dróżkę, która wcale nie łagodnieje i wciąż ostro pnie się w stronę majaczącego już grzbietowego prześwitu. Że nie jest łatwo, świadczy choćby to, że żadne z nas nawet nie myśli o wyciągnięciu aparatu i strzelaniu fot. Idzie się o tyle dobrze, że szlak jest przetarty, a śnieg ubity (co znaczy walka z zapadającym się śniegiem poznamy dopiero podczas zejścia, ale o tym dalej). Kiedy wychodzimy na grzbiet, otwierają się wspaniałe widoki. Turyści, z którymi zaczynaliśmy wędrówkę, zostali gdzieś z tyłu, jesteśmy tylko my i… góry. Wokół morze bieli — pocięty żlebami wał Ornaku i graniczne grzbiety od Bobrowca po Jarząbczy Wierch malowniczo skrzą się w słońcu. Pół godziny później, po pięknej graniowej wędrówce, meldujemy się na TRZYDNIOWIAŃSKIM WIERCHU (1758 m n.p.m.).

Obowiązkowa herbatka na Trzydniowiańskim Wierchu. Jest moc, jest zadowolenie :-)

Trzydniowiański okazuje się znakomitym punktem widokowym. Nic w tym zresztą dziwnego, góruje pośrodku nad dwoma wielkimi dolinami — Chochołowską i Starorobociańską i oferuje rozległe krajobrazy. Kończy się nasza samotność, spotykamy na szczycie kilka osób, które doszły tu od strony Doliny Jarząbczej. My mamy zamiar nią schodzić. Skitoury muszą być w Zakopanem niezwykle popularne, więcej na grzbiecie narciarzy niż piechurów. Na deskach podejście na grań wygląda ciężko, ale na górze to raj, można zrobić o wiele więcej kilometrów, a zejście, czyli zjazd, zajmuje chwilkę :-). My, choć nasze tempo jest świetne, nie mamy już czasu na dojście do kolejnego szczytu — na Kończysty Wierch. Zajęłoby nam to — tam i z powrotem na Trzydniowiański — 2 godziny, tymczasem musimy zameldować się przy samochodzie o 17.00. Z żalem rezygnujemy, bo pogoda jak marzenie, naprawdę nie chce się schodzić na dół.

Zimowe zdobycie szczytu zbliża ludzi :-). Siedzimy więc na Trzydniowiańskim i dyskutujemy ze skitourowcami nad zejściem. Polecają zamiast czerwonych znaków prowadzących długo lasem, powrót szlakiem papieskim, który, jak zapewniają, wiedzie Jarząbczym Upłazem, bocznym ramieniem odchodzącym od Trzydniowiańskiego Wierchu, a potem szybko schodzi do Doliny Jarząbczej. Według nich droga jest przetarta. Na naszej mapie szlak papieski w ogóle nie wychodzi na grzbiet, kończy się w dolinie, ale narciarze wyglądają profesjonalnie, a zachowują się tak, jakby znali tu każdy kąt. Upłazem rzeczywiście wiodą liczne ślady, wprawdzie przede wszystkim narciarskie, ale są. Dobra, niech będzie więc szlak papieski.

Widok Trzydniowiańskiego Wierchu z Jarząbczego Upłazu. Z prawej wyniosły szczyt Starorobociańskiego.

Błąd. Pierwszy kilometr to bajka, idzie się grzbietem, z pięknymi widokami przed oczyma. Im dalej jednak od Trzydniowiańskiego, tym śnieg mniej ubity i zapadający się pod nogami. Widać, że upłazem jeżdżą głównie narciarze i to tylko w pierwszej jego części, później ślady zanikają. Śnieg robi się kopny, teraz walczymy o każdy metr drogi. Wawek, najlżejszy, nieźle sobie radzi, my jednak zapadamy się z każdym krokiem po uda w białej masie. W takim tempie na dole znajdziemy się po zmroku. Po kilkuset metrach mamy dosyć, ale szczęście nam sprzyja. Dochodzimy właśnie do jakiegoś żlebu. Decyzja jest szybka — dupozjazd. Kontrolowany, bo łatwo nabrać tu zawrotnej szybkości. Kilka minut później otrzepujemy tyłki na drodze prowadzącej dnem Doliny Jarząbczej. Z drzewa uśmiecha się do nas znak szlaku papieskiego. Teraz już tylko znowu nuda — dojście do chochołowskiego gościńca i półtoragodzinny powrót do samochodu.

A to poglądowa mapka naszej trasy.


***
Turystyka zimowa jest oczywiście trudniejsza od letniej, ale przy sprzyjających warunkach pogodowych i rozwadze ze starszymi dziećmi, zaprawionymi w chodzeniu po górach!, da się zdobyć niejeden szczyt. Wyprawy w Tatry Wysokie wymagają dużego doświadczenia i sprzętu taternickiego, spotkanie ze śnieżnymi warunkami należy więc zaczynać od Tatr Zachodnich. Czy raki są konieczne? W dolinach nie, ale jeśli planujemy wejście na jakąkolwiek górkę, są one nieodzowne. Na Trzydniowiańskim Wierchu spotkaliśmy turystów bez raków, więc da się, ale czy to rozsądne? Nie, a do tego bardzo niekomfortowe. Niewiele trzeba, by zimą doszło do tragedii, no i po co tracić cenne siły na walkę ze śliską, zdradliwą powierzchnią. Jeszcze kijki — latem w ogóle z nich nie korzystamy, zimą wydają nam się niezbędne. Niezwykle ułatwiają poruszanie się po śniegu! Raki i kijki można wypożyczyć w kilku punktach w Zakopanem (doba za raki — 20 zł), nie trzeba mieć swoich.

Pamiętajmy, że zimowa wędrówka jest zwykle wolniejsza od letniej, należy założyć sobie czasowy naddatek. Nie warto, o czym sami się przekonaliśmy, wędrować mało uczęszczanymi lub niesprawdzonymi szlakami — dobrze udeptana ścieżka to w pewien sposób gwarancja bezpiecznego zejścia w doliny. Respektujmy też komunikaty dotyczące stopnia zagrożenia lawinowego, a przed wyjazdem poczytajmy chociaż o tym największym niebezpieczeństwie tatrzańskiej zimy. Jeśli nie mamy zrobionego kursu lawinowego, wyruszajmy na względnie bezpieczne szlaki przy stopniu zagrożenia lawinowego nie większym niż dwójka. No i pogoda — sprawdzajmy prognozę przed wyjściem w góry. Jeżeli zapowiadane są mgły, zrezygnujmy z wycieczki, przy nawet niewielkim wietrze weźmy pod uwagę, że odczuwalna temperatura na grani będzie dużo mniejsza. Nie chodzi o to, by straszyć, ale żeby wędrować bezpiecznie.

14 lutego 2015

KOZIA GÓRA I SZYNDZIELNIA ZIMĄ z Cygańskiego Lasu

Bielsko-Biała Cygański Las — Kozia Góra — schronisko na Stefance — Kozia Góra — Kołowrót — Szyndzielnia — schronisko Szyndzielnia — Bielsko-Biała Olszówka
(szlaki: żółty — niebieski — żółty — zielony — niebieski)

czas przejścia: 5,5 godziny    suma podejść: 760 m    dystans: 10,5 km    trudność: **
infrastruktura: schronisko na Stefance, schronisko Szyndzielnia

Po zeszłorocznej zimie-nie-zimie mieliśmy niedosyt wycieczek w białej scenerii. Po zaliczeniu kilku spacerowych tras w okolicy domu postanowiliśmy wyruszyć na ambitniejszą wędrówkę. Żadne ekstremum, ale coś, co pozwoli nieco się zmęczyć, a przede wszystkim poczuć zimę. Nasz wybór padł na Kozią Górę, którą latem z powodu tłumów omijamy szerokim łukiem. Ponieważ nigdy nie szliśmy stamtąd na Szyndzielnię przez Kołowrót, dalsza część trasy ułożyła się sama. Popularny żółty szlak do schroniska na Stefance jest zimą dobrze utrzymany, wiedzieliśmy jednak, że więcej wysiłku będzie wymagała dalsza wędrówka. Mieliśmy jednak nieco szczęścia, dzień wcześniej ktoś założył ślad w śniegu zalegającym na trasie przez Kołowrót i dzięki temu brodziliśmy w białym puchu tylko do kostek, a nie do kolan. Sceneria okazała się nieziemska. Otaczały nas oblepione śniegiem drzewa oraz cisza — aż do Szyndzielni na trasie nie spotkaliśmy nikogo!

Wiata turystyczna, w języku Wawka — odpoczyn, w połowie trasy na Kozią Górę. Pierwsze wzmianki o Cygańskim Lesie pochodzą już z 1312 roku. Las nazywany był wówczas Kozim (Ziegenwald), nazwa Cygański powstała przez literową pomyłkę (Zigeunerwald). Teren był prezentem od księcia cieszyńskiego Mieszka dla mieszkańców Bielska. Od tamtego czasu nieprzerwanie pełni funkcję parku miejskiego.

Pierwsze zetknięcie z trasą nie było zbyt miłe. O ósmej, kiedy zjawiliśmy się w CYGAŃSKIM LESIE, niebo przykrywały szare chmury, z których padał drobny, ale gęsty śnieg. Było zimno, wilgotno i bardzo ślisko. Rozległy leśny park zajmujący południową część Bielska jest popularnym miejscem wypoczynku okolicznych mieszkańców, dróżki były więc wyjeżdżone przez dzieciaki i wyślizgane przez spacerowiczów. Pierwszy kilometr uraczył nas walką z lodem zdradziecko przykrytym cienką warstwą puchu. Na szczęście wyżej czekał na nas już tylko śnieg, masy śniegu. Żółty szlak powoli piął się w górę, w powietrzu wirowały drobne białe płatki, czasem gdzieś w oddali zaszczekał pies… Nie wiadomo kiedy dotarliśmy na KOZIĄ GÓRĘ (686 m n.p.m.) i odbiliśmy na niebieski szlak doprowadzający do schroniska. Gdy kwadrans później doszliśmy do popularnej STEFANKI, zaskoczyła nas pustka. Tak gwarne latem miejsce było całkowicie ciche i uśpione. Tego dnia byliśmy pierwszymi gośćmi w schroniskowej jadalni. Tutejszy zegar wskazywał 9.30.

Schronisko Stefanka pod Kozią Górą. Dom
został wzniesiony na początku XX wieku, Stefanka
obchodziła niedawna 100-lecie swojego istnienia.

Godzinę później wróciliśmy do zwornika szlaków na Koziej Górze i pomaszerowaliśmy żółtym szlakiem w kierunku Szyndzielni. Zrobiło się bardziej dziko. Powoli zdobywaliśmy wysokość. Otaczające nas drzewa coraz bardziej przypominały śniegowe bałwany. Początkowo szlak był jeszcze nieźle przetarty, szło się bez trudu, kiedy jednak wyszliśmy na grzbiet pasma przywitały nas zwały nawianego śniegu. Nogi grzęzły w białej papce do kolan. Skrajem szerokiej drogi ktoś wydeptał 30-centymetrowy tunel, stawiając uważnie nogi jedną za drugą, dało się tamtędy jako tako maszerować. Spowiła nas mgła, odrealniając kształty i drogę. Zaraz potem mleczna wata odpłynęła w siną dal, ustępując miejsca słońcu — drobiny śniegu zaiskrzyły w rozproszonym świetle. Znaleźliśmy się w innym świecie :-). KOŁOWRÓT (791 m n.p.m.), do którego dotarliśmy po godzinie marszu z Koziej Góry, zaoferował nam chwilę oddechu z pięknie oświetlonymi górami majaczącymi pomiędzy drzewami.

Kołowrót. W oddali majaczą inne góry…
Zejście na przełęcz Kołowrót.

Czekało nas teraz zejście na przełęcz Kołowrót i dość strome podejście na Szyndzielnię. Pogoda zrobiła się piękna – słońce rysowało ostre cienie, drzewa majestatycznie sięgały nieba… Wawek, niczym prawdziwy przewodnik, szedł na prowadzeniu. Od dwóch godzin zakładał ślad w śniegu, nie pozwolił się jednak zmienić :-). Tymczasem śniegu przybywało z każdym metrem, a przed nami było jeszcze co najmniej półtorej godziny wędrówki. Szlak od przełęczy Kołowrót nabrał bardziej wysokogórskiego charakteru, ścieżka zrobiła się wąska, obrzeżona strzelistymi świerkami oblepionymi śniegiem. Tuż przed wyjściem na grzbiet SZYNDZIELNI (1026 m n.p.m.) zrobiło się i stromo, i bardzo „śniegowo", najwyraźniej nikt tędy w ostatnich dniach nie szedł. Ale najgorsze dopiero na nas czekało — tłum w schronisku. Kontrast między samotnością na szlaku a rozgardiaszem jadłodajni był tak uderzający, że nie daliśmy rady w niej wysiedzieć. Uciekliśmy znów na trasę.

Wawek na prowadzeniu. Niespożyta energia.

Z Szyndzielni do Bielska można oczywiście zjechać kolejką gondolową, w naszej wyprawowej opcji nie wchodziło to jednak w grę. Na zejście wybraliśmy zielony szlak z późniejszym odbiciem na niebieski, by zejść bezpośrednio na przystanek autobusowy w OLSZÓWCE GÓRNEJ. Góry znów spowiły mgły, maszerowaliśmy więc w bajkowym krajobrazie. Zimowe wędrówki mają w sobie coś magicznego, dają poczucie jakiejś iluzorycznej eksploracji. Krajobraz przykryty bielą wydaje się dziewiczy i niemal bezkresny, a cisza dzwoniąca w uszach i pustki na szlakach sprawiają, że wszystko wydaje się nieco dzikie i niedostępne.

Na zielonym szlaku w gęstej mgle.

To była wspaniała wycieczka. Latem łatwa trasa dla wszystkich, zimowa wersja jak znalazł dla nieco bardziej zaawansowanych turystów.

13 stycznia 2015

HROBACZA ŁĄKA szlakiem papieskim z Kóz

Kozy — kamieniołom — Jarmarczy Groń — Hrobacza Łąka — przełęcz U Panienki — Kozy
(szlak papieski — czerwony — żółty)

czas przejścia: 4 godziny    suma podejść: 500 m    dystans: 9 km    trudność: *
infrastruktura: schronisko na Hrobaczej Łące

Swego czasu był to ulubiony szlak naszego syna, meldowaliśmy się przy krzyżu na Hrobaczej co najmniej raz w miesiącu. Nie był to żaden wyczyn, mieszkamy na stokach tej góry, jej zalesiona kopuła zagląda nam do okien i codziennie kusi do kolejnych odwiedzin (znamy takich, co na Hrobaczej są co tydzień, traktując wyjście do schroniska jako niedzielny spacer :-). Trzeba przyznać, że dla dzieci ta wycieczka jest szczególnie atrakcyjna. Podczas wędrówki dużo się dzieje, czyli nie jest nudno. Podziwiamy kamieniołom, jeziorko, krzyż milenijny oraz kapliczkę, no i jest wizyta w schronisku, w dodatku nietypowym (o czym dalej), a nawet miejsca tajemnicze (o czym też dalej). Choć trasę tę przemierzyliśmy niezliczoną ilość razy, we wszystkich porach roku, na mnie zawsze największe wrażenie robi ona jesienią. Miedziane połacie lasu, liście wirujące w powietrzu i mgły snujące się po okolicy nadają wówczas krajobrazowi nieco bajkowy charakter. Do tego powietrze przyprawione ostrymi nutami, z wszędobylskim zapachem dymu, który nie pozostawia złudzeń, że zima tuż-tuż… Właśnie dla takich klimatów bez żalu zostawiłam za sobą ogromne miasto.
Góry wskazują kierunek
podają rytm i rym
[Jerzy Harasymowicz Prosto]
Szlak papieski — oznaczony żółtym krzyżem — zaczyna się przy kościele w Kozach. Najlepiej darować sobie pierwsze dość nudne 3 kilometry (idzie się przez wieś) i podjechać samochodem do KÓZ GÓRNYCH. Zaparkować można przy końcowym przystanku pekaesu w pobliżu kamieniołomu. Szlak wąską asfaltówką prowadzi stamtąd do kaplicy Matki Bożej Różańcowej, zwanej Panienką. Ufundowała ją jedna z koziańskich rodzin na początku XX wieku. Trzy razy w roku (3 maja, 15 sierpnia oraz w pierwszą niedzielę października) przybywają tu tłumnie pielgrzymi i odprawiana jest msza święta. Przy kaplicy znajduje się źródełko — według niektórych mieszkańców wsi jego woda leczy z różnych dolegliwości, a przede wszystkim pomaga doczekać się potomka ;-). Cudownych źródełek jest zresztą w okolicy więcej, kto chce i się nie boi, może sprawdzić na sobie ich działanie.

Zabawa aparatem ;-) Specjalnie przerysowane, ale jesienią kolory w kamieniołomie są naprawdę oszałamiające. Zbiornik to stare wyrobisko, którego misę wypełniła woda opadowa. Na wierzchołek widocznej odkrywki można się dostać szeroką gruntówką zaczynającą się w pobliżu jeziorka. Przyznam,
że niechętnie tam wchodzę, zwłaszcza z dzieckiem. Osypująca się krawędź nie jest niczym zabezpieczona,
a przepaść przerażająca. Moja wyobraźnia galopuje.

Zaraz za kaplicą znaki żółtego krzyża zagłębiają się w las i zaczynają dość ostro piąć się stokiem. Wyjście na platformę KAMIENIOŁOMU zajmuje niecały kwadrans. Rozpościera się stąd wspaniała panorama, widać całe Pogórze Śląskie: Bielsko-Białą, Jezioro Goczałkowickie, Pszczynę, Tychy, Oświęcim, Kęty… O zmierzchu, kiedy w dole zaczyna migotać tysiące świateł, miejsce zdaje się magiczne. Nie wiadomo dokładnie, kiedy rozpoczęła się eksploatacja kamienia budowlanego w Kozach, pierwsze wzmianki o tym procederze pochodzą z 1880 roku. Początkowo wyrobisko znajdowało się nieco dalej, nad Kozami Małymi (tzw. stary kamieniołom, dziś niemal całkowicie zarośnięty), dopiero około 1910 roku zaczęto wydobywać urobek z miejsca, w którym się znajdujemy. Pod koniec XIX wieku utworzono we wsi austriacki obóz jeniecki dla żołnierzy armii włoskiej i część Włochów zatrudniono jako kamieniarzy. Dziś wyrobiska ukochali sobie crossowi motocykliści i niemal w każdy weekend z lubością je rozjeżdżają.

Dla usprawnienia pracy w kamieniołomie wybudowano kolejkę linową — wagoniki transportowały kamień do stacji PKP w Kozach, gdzie znajdowała się ładownia i magazyny. W latach 70. XX wieku linię zlikwidowano i zastąpiono transportem samochodowym, a 20 lat później eksploatację wstrzymano całkowicie. Dziś o złotych latach kamieniołomu przypominają tylko mało estetyczne, betonowe pozostałości po kolejce.

Na terenie kamieniołomu oznakowanie szlaku papieskiego nie jest najlepsze. Znaki rozmieszczono sporadycznie, są też częściowo zatarte. Niby trudno się zgubić, ale… Trzeba przejść obok jeziorka, skąd otwiera się widok na górną część kamieniołomu, a potem skierować się nieco w lewo, by po chwili dotrzeć do wygodnej kamienistej dróżki, która powinna nas doprowadzić do leśnego szlabanu (jeśli doszliśmy do drugiego mniejszego wyrobiska, oznacza to, że wybraliśmy złą dróżkę :-). Za szlabanem szlak odbija ostro w prawo (idąc drogą ciągle prosto, po kwadransie dotrzemy do Wilczego Stawu — kilka słów o nim tu: klik) i zaczyna mozolnie zdobywać wysokość. Robi się stromo i męcząco. Dojście do czerwonego szlaku, biegnącego grzbietem pasma, trwa około godziny. To najtrudniejszy odcinek całej wycieczki. Prowadzi jednak tak pięknym lasem bukowym (zimą trudniej tę piękność zauważyć), że warto trochę się potrudzić. Wyżej dla ułatwienia podejścia, szlak poprowadzono zygzakami. Jest też chwila wytchnienia, wyrównania oddechu, kiedy znaki docierają do wyraźnej ścieżki trawersującej stok góry. Wędruje się nią — po płaskim — kilka minut. Przed II wojną światową tą właśnie leśną dróżką (która wiedzie z Porąbki aż do Straconki) mieszkańcy okolicznych wiosek, pokonując wiele kilometrów, zmierzali do pracy. W końcu odbijamy ostro w lewo i kolejną wąską ścieżką (tym razem fragmentem przedwojennego zielonego szlaku turystycznego) pniemy się na grzbiet góry.

Jeszcze zdjęcie czy już obraz... Ja z Wawrzyńcem na szlaku papieskim w bukowym lesie. Strój niezobowiązujący, ot wyszliśmy z domu na małą przebieżkę po lesie.

Docieramy do czerwonych znaków. Znajdujemy się w okolicy niewybitnego JARMARCZEGO GRONIA (777 m n.p.m.). Istnienie szczytu potwierdza mapa, ale żaden znany mi przewodnik po Beskidzie Małym o nim nie wspomina. Stąd na HROBACZĄ ŁĄKĘ (828 m n.p.m.) już blisko. Zalesionym grzbietem prowadzi nas wygodna, szeroka droga. Metalowy 35-metrowy krzyż wyrasta przed nami niemal niespodziewanie. Został wzniesiony przez mieszkańców okolicznych wsi w 2002 roku na pamiątkę 2000 lat chrześcijaństwa, wcześniej stała w tym miejscu wieża triangulacyjna. Na głazie obok umieszczono napis: Stat crux dum volvitur orbis, „Krzyż stoi tak długo, jak kręci się świat”. Kilka lat temu platforma u podstawy krzyża oferowała widoki na Kozy, Kęty i Czechowice, podrastające drzewa ograniczyły jednak widoczność niemal do zera. Sama konstrukcja nocą jest oświetlona i widoczna z daleka, nieraz wskazuje nam drogę do domu :-).

Mało kto wie, że hrobaczy krzyż stanowi jeden
z wierzchołków „krzyżowego” trójkąta równobocznego. Dwa pozostałe
to jubileuszowy krzyż w Starej Wsi oraz krzyż na Trzech Lipkach
w Bielsku-Białej. Wszystkie oddalone są od siebie
dokładnie o 11,5 kilometra. [fot. Wikipedia]

Żeby podziwiać prawdziwie piękną panoramę, trzeba spod krzyża zejść do schroniska i podejść na pobliską mu rozległą polanę. Roztacza się z niej wspaniały widok na kotlinę Soły i okalające ją szczyty. Doskonale widać Kiczerę, ścięty stożek Żaru, Jaworzynę, a po prawej Czupel i Magurkę Wilkowicką. Widnokrąg zamykają najwyższe wierzchołki Beskidu Żywieckiego: Babia Góra i Pilsko, między nimi przy idealnej widoczności odsłaniają się nawet Tatry. W okolicy ciągnie się pas okopów z czasów II wojny światowej: w obawie przed atakującą Armią Czerwoną Niemcy latem '44 roku wybudowali na terenie Śląska system fortyfikacji tak zwanej linii b2. Ciągnął się on również przez Beskid Mały. Samo SCHRONISKO również jest interesujące i jedyne w swoim rodzaju, bo… zakonne. Do tego warunki są w nim raczej spartańskie. Jeszcze do niedawna nie było światła, wodę do gotowania gospodarz przynosił ze studni, a nocujący turyści myli się w miednicy. Teraz jest bardziej ucywilizowanie, podciągnięto wodociąg, prąd płynie z sieci energetycznej, dom zachował jednak klimat starych czasów. Przysadzista drewniana bryła, pamiętająca czasy Peerelu boazeria na ścianach, no i niezwyczajne w górskich schroniskach religijne dewocjonalia (ach, te powtykane tu i ówdzie kiczowate obrazki!). Bufetowe menu jest ubogie, ale pożywne — dostaniemy jajecznicę, bigos, fasolkę lub grochówkę i oczywiście herbatę. Można też przenocować. Niestety, choć schronisko należy do księży palotynów, sprzedaje się w nim piwo, a w jesienno-zimowe niedziele natkniemy się na stałych bywalców urządzających tu sobie popijawy. Bez żenady raczą się przyniesioną przez siebie wódką, przy okazji głośno perorując o polityce. Dlatego najchętniej odwiedzamy Hrobaczą w tygodniu, kiedy panuje w niej prawdziwy święty spokój.

O tym, by na Hrobaczej Łące postawić schronisko myślano już w latach 20. XX wieku. Wówczas żywieckiemu oddziałowi PTT nie udało się jednak zakupić gruntu pod budowę obiektu. Na podszczytowej polanie stanął jednak dom, tyle że prywatny. Około 1935 roku zaczęło w nim działać prywatne schronisko, dzierżawione do II wojny światowej przez niemiecką organizację turystyczną Beskidenverein, a później przez PTTK. W latach 90. właściciel przekazał budynek Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia prowadzonej przez palotynów. Odtąd nosi nazwę Domu Turystyczno-Rekolekcyjnego Hrobacza Łąka. Jedna z werand została przebudowana na kaplicę. [Zdjęcie z 2000 roku]

Z Hrobaczej Łąki szlak papieski (wspólnie ze znakami żółtymi i czerwonymi) prowadzi grzbietową drogą na przełęcz U Panienki. Ale zanim do niej dojdziemy, tam gdzie droga lekko odbija w lewo, miniemy nieco tajemnicze miejsce — usypane w formie kopca kamienie. W różnych bedekerach powtarza się informacja, że to grób E. Willmanna. Kim był i dlaczego pochowano go właśnie tutaj, o tym przewodniki milczą. Któregoś razu po powrocie z Hrobaczej Łąki postanowiłam spytać o kamienny kopiec w Towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Kóz. Według posiadanych przez Towarzystwo informacji, kopiec był grobem żołnierza Wermachtu, który zginął na początku 1945 roku w pobliskich okopach. Nie ma na to jednak pisemnych dowodów, a jedynie przekazy ustne. Nie wiadomo skąd wzięła się powtarzana wszędzie informacja o nazwisku poległego — jego personalia nie są znane. Kamienny kopiec usypano ponoć, żeby łatwo było odnaleźć miejsce pochówku po zakończeniu walk. Po wojnie Niemcy zamierzali dokonać ekshumacji, czy jednak do tego doszło, nikt nie wie. Prawdopodobnie tak, jeśli rzeczywiście pochowano tam niemieckiego żołnierza — niemal wszyscy Niemcy polegli w okolicy zostali po wojnie przeniesieni na cmentarz pod Dębowcem w Bielsku-Białej. Niestety, po nim też nie ma już śladu: pod koniec lat 60. z Dębowca zniknęły wszystkie nagrobki, a dobrze widoczne wzgórki grobów po barbarzyńsku zrównano z ziemią (Niemcy w latach 90. przenieśli szczątki, które udało im się wydobyć z ziemi, na niemiecki cmentarz wojskowy w Siemianowicach).

Wnikliwym poszukiwaczom może uda się  odnaleźć w niewielkiej odległości od kopca pozostałości po fundamencie „chatki baronowej z Kóz”. W pierwszej połowie XX wieku w chatce tej latem odpoczywali Czeczowie, właściciele okolicznych dóbr ziemskich. Sama baronowa wyjeżdżała na szczyt Hrobaczej Łąki powozem, na nogach było za daleko. Około 200 metrów przed przełęczą miniemy jeszcze drogowskaz do źródła maryjnego. Cudowny wypływ znajduje się kilkadziesiąt metrów poniżej, dojście jest karkołomne, ale możliwe — i kozianie, i my często skracamy sobie tędy drogę do wsi.

Przełęcz U Panienki w zimowej krasie. Trzeba przyznać, że ma swój urok. Zimą trudniej to zauważyć, ale sędziwe kasztanowce wydzielają przed postumentem niewielki placyk. Niemal zawsze palą się tu znicze lub świeczki. Gdyby nie śnieg, można by przysiąść na tutejszej ławeczce na chwilę odpoczynku.

Do PRZEŁĘCZY U PANIENKI (741 m n.p.m.), rozdzielającej Hrobaczą Łąkę od wyższych od niej Groniczków, jest już niedaleko. Siodło dostało nazwę od kapliczki Matki Bożej, którą w 1884 roku ufundował nadleśniczy dóbr koziańskich Juliusz Beinlich. Podobno któregoś razu, kiedy patrolował on tutejsze lasy, zaatakowało go stado wilków. Schronił się na drzewie i wypatrywał z nadzieją kogoś, kto wybawi go z opresji. Godziny upływały, nikt jednak nie pojawiał się w okolicy, leśniczy zaczął więc się modlić do Matki Bożej, obiecując, że jeśli przeżyje, ufunduje w tym miejscu kapliczkę. Znudzone wilki w końcu odeszły, Beinlich natomiast dotrzymał słowa — postawił kamienny postument, na którym wyrył swoje nazwisko i datę fundacji. Obraz znajdujący się w górnej części kapliczki — twarz Madonny Częstochowskiej — jest znacznie późniejszy, pochodzi z 1965 roku. Prawdę mówiąc, pochodził — wandali spotyka się także w górach, swoje robią również warunki pogodowe, obrazek raz na jakiś czas jest wymieniany na nowy. Przy kapliczce zbiega się kilka szlaków turystycznych. Szlak papieski biegnie dalej na Przełęcz Przegibek, a potem Magurkę Wilkowicką i do Straconki. Ale to inna wycieczka, o której kiedyś opowiem, bo też ma swój urok. Nas poprowadzą w dół, do Kóz, znaki żółte. Zejście może być po wszystkich atrakcjach nieco nudne, dzieciaki mają prawo być zmęczone. Jeśli samochód zostawiliśmy w okolicy kamieniołomu, we wsi po dojściu do skrzyżowania z ulicą Panienki musimy odbić w prawo.

Na koniec kilka słów o związkach Karola Wojtyły z Kozami, szlak papieski wytyczono tu nie bez kozery. W latach 50. XX wieku przyszły papież często odwiedzał tutejszą parafię. Wikariuszem w Kozach był wówczas zaprzyjaźniony z nim ksiądz Franciszek Macharski, późniejszy metropolita krakowski. Karol przyjeżdżał w odwiedziny, ale przy okazji wyruszał na wędrówki po okolicznych wzniesieniach. Wyznakowany szlak nie pokrywa się z żadną konkretną trasą, jest raczej kompilacją Karolowych peregrynacji po tym terenie z tym, co w okolicy najciekawsze z turystycznego punktu widzenia.