Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

24 października 2016

BESKID ŚLĄSKO-MORAWSKI i jego królowa — Lysá hora

Ostravice Mazák — Kobylanka — Lysá hora (Łysa Góra) — Butořanka — Ostravice Mazák
(szlaki: żółty — czerwony — niebieski)

czas przejścia: 6 godzin    suma podejść: 900 m    dystans: 18 km    trudność: **
infrastruktura: schronisko na Łysej Górze

Najwyższy szczyt Beskidu Śląsko-Morawskiego przyciąga rzesze turystów. Jego zdobycie zaplanowaliśmy na październik, licząc na mniejsze już wówczas tłumy. Żeby mieć jeszcze większą szansę na ciszę, powędrowaliśmy na Lysą horę najmniej widokowym szlakiem. Nasz chytry plan powiódł się połowicznie — owszem podczas mozolnego zdobywania wysokości byliśmy sami, szok przeżyliśmy natomiast na szczycie. Kłębił się na nim tłum ludzi i psów (chodzenie po górach z czworonogami, nawet tymi najmniejszymi, to narodowy sport Czechów), zdobycie miejsca przy stole w jadłodajni lub bufecie graniczyło z cudem (nam nie było dane), a wiatr urywał głowę. Jak pech to pech, jeszcze na początku wycieczki okazało się, że Wojtek zapomniał zabrać z domu aparat, zdjęcia trzeba więc było robić głupem i ich jakość, mówiąc eufemistycznie, jest niezadowalająca. Mimo tych wszystkich niesprzyjających okoliczności wyprawa nam się podobała i przede wszystkim zaostrzyła apetyt na kolejne wędrówki Beskidem Śląsko-Morawskim. Ale też w jesiennej szacie góry te wyglądają oszałamiająco — bordowe stoki majestatycznie dźwigają się nad czeskie równiny, wyglądając niczym prawdziwe kolosy.

Letni widok z Łysej Góry na Beskid Śląsko-Morawski. Zdjęcie oczywiście nie moje, zamieszczam,
bo świetnie ukazuje piękno tych gór. Fotografia z dronu, autor Radim Kolibík [www.kolibik-foto.cz].

Masyw Łysej Góry jest oddzielony od pozostałych części Beskidu Śląsko-Morawskiego głębokimi dolinami. Na szczyt wiedzie kilka turystycznych szlaków, rowerzyści mogą skorzystać z wielu oznakowanych tras o różnym stopniu trudności, a asfaltową drogą, która prowadzi na sam wierzchołek, od maja do września dwa razy w tygodniu kursuje autobus. Szczyt, jak widać, jest bardzo ucywilizowany i nic dziwnego, że odwiedza go tyle osób. Gdzieś w necie wyczytałam, że Czesi wręcz ścigają się, kto najwięcej razy zdobędzie górę. Rekord należy do emeryta z Ostrawy, który podobno wszedł (!) na Łysą Górę ponad pięćtysięcy razy. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, nawet świętemu by się znudziło :-).

Zapora Šance widziana z żółtego szlaku. Zbiornik jest rezerwuarem wody pitnej dla kilku okolicznych
miasteczek, chroni też tereny przed powodziami. Pagór widoczny na zdjęciu w rzeczywistości wcale
nie jest taki łagodny. To Malý Smrk mający 1173 metry wysokości.

Na wyprawę wyruszamy ze wsi OSTRAVICE, z przysiółka MAZÁK. Samochód zostawiamy na niewielkim parkingu tuż przy odbiciu niebieskiego szlaku w dolinę potoku. Będziemy tymi znakami wracać, na razie kierujemy się wąską asfaltówką do góry, w stronę sztucznego zbiornika Šance. Żółte oznakowanie pojawia się przy zaporze. Ze wszystkich szlaków wiodących na Łysą Górę żółty ponoć jest najtrudniejszy. Prowadzi przez tereny najcenniejsze przyrodniczo, typowo leśnym duktem, wyżej przechodzącym w wąską dróżkę. Jeśli wyznacznikiem trudności jest szerokość drogi wyprowadzającej na szczyt, to rzeczywiście szlak ten można uznać za niełatwy. Sama oceniłabym go jako żmudny, z dwoma długimi stromymi podejściami. Nie zapewnia widoków, mimo to nie jest pozbawiony uroku.

W Czechach na tabliczkach szlakowych podawane są kilometry do przejścia, a nie czas. Przed wyruszeniem najlepiej obliczyć, ile powinna zając nam wyprawa, korzystając z czeskiego kalkulatora szlaków — https://mapy.cz. Trasa powyżej rozdroża Pod Čuplem prowadzi początkowo bukowym lasem.

Wróćmy nad zaporę. Powyżej niej żółte znaki odbijają w lewo i nieco kamienistą leśną drogą zaczynają piąć się na zbocze Čupla. Przed nami 2-kilometrowe podejście, miejscami mocno strome. Początkowo dość szeroka droga zwęża się do typowej leśnej ścieżki; pod nogami korzenie drzew, żółte liście i brunatne igliwie. W końcu wychodzimy na utwardzoną stokówkę, która obiega górne części Čupla. Szlak omija szczyt łukiem, dzięki czemu przez kilka minut prowadzi wygodnie niemal po płaskim. Wędrujemy teraz skrajem rezerwatu przyrody Mazácký Grúnik. Utworzono go dla zachowania naturalnych fragmentów Puszczy Karpackiej, tutejszy las to również ostoja rysia. Kilometr dalej rozpoczynamy kolejne podejście. Szlak prowadzi zakosami, ale kto woli, może wybrać szeroką leśną drogę biegnącą prosto jak strzelił do góry. Obie trasy i tak połączą się nieco wyżej.

Żółty szlak w pobliżu Kobylanki. To połowa października, ale śnieg przypomina, że zima tuż-tuż.

Dochodzimy do tablicy informującej, że oto znajdujemy się na terenie kolejnego rezerwatu przyrody — Mazák. Tym samym właśnie osiągnęliśmy szczyt KOBYLANKI (1054 m n.p.m.). Stąd do celu, czyli Łysej Góry, czeka nas jeszcze 1,5 kilometra marszu wąską ścieżyną. Buki ustępują miejsca karłowatym świerkom, płaty śniegu tworzą zimowy pejzaż. Wszędzie poza ścieżką (ta jest uprzątnięta) zalegają porośnięte mchami i porostami powalone drzewa. Jest dziko i jakoś tak pierwotnie. Rezerwat obejmuje zasięgiem bardzo strome zbocza o surowym klimacie, gdzie długo zalega pokrywa śnieżna. Udaje nam się dostrzec dzięcioła trójpalczastego, rzadkiego ptaka zamieszkującego takie nieprzekształcone ręką człowieka górskie lasy świerkowe.

Łysą Górę licznie odwiedzano już pod koniec XIX wieku. Stąd tak duże jej zagospodarowanie turystyczne.
Patrząc na zdjęcia, może się wydawać, że na wierzchołku wcale nie było takiego tłumu. Pozują jednak
tylko niedobitki, niemal wszyscy natychmiast po wyjściu na szczyt uciekali do ciepełka,
na zasłużony odpoczynek przy stole.

O tym, że jesteśmy już blisko Lysej hory świadczą coraz rozleglejsze widoki. Drzewa zostają z tyłu, przedzieramy się teraz przez kosodrzewinę (na Lysej horze nasadzono ją sztucznie, ale świetnie się tu przyjęła i rozprzestrzeniła także na pobliskie góry) oraz krzewy borówek. Niespodziewanie wychodzimy na asfalt — jesteśmy na ostatnim zakręcie drogi prowadzącej na szczyt. Pięć minut później meldujemy się przy tabliczce z napisem LYSA HORA (1323 m n.p.m.). Łysa Góra jest rzeczywiście łysa, przynajmniej od jednej strony, widoki są tym samym przednie. Na pierwszym planie oczywiście beskidzkie wzniesienia, ale przy sprzyjającej pogodzie można stąd podziwiać Małą Fatrę i Tatry. Nad wszystkim góruje 78-metrowy przekaźnik telewizyjny. Na szczycie jest również stacja meteorologiczna (przy jej ogrodzeniu znajduje się kamienny obelisk oznaczający najwyższy punkt góry), placówka Służby Górskiej, chatka narciarska, jadłodajnia i schronisko. Turystów dużo, panuje nastrój rodzinnego spotkania, biegające dzieci (w tym 3-4–latki), psy… O dopchaniu się do bufetu w ciągu kilkunastu minut można zapomnieć, na szczęście mamy własną herbatę i energetyczne przekąski. Znajdujemy miejscówkę na tarasie przy schronisku. Wieje okrutnie, ale taras jest nasłoneczniony i w dużej części osłonięty przed podmuchami wiatru przezroczystymi panelami. Następne 45 minut spędzamy kontemplując otoczenie. Nie przeszkadzają nam nawet psy wesoło obsikujące ławy i stoły :-).

Widoki z czerwonego szlaku na Łysą Górę (↑) i w drugą stronę, na Frýdland (↓).

Nieco oszołomieni słońcem i wiatrem zbieramy się do drogi powrotnej. Poprowadzi nas najpierw czerwony szlak schodzący do centrum Ostravicy. To najbardziej popularna trasa na Łysą Górą, łatwa i widokowa. Wiadomo więc, czego się spodziewać — ludzi, mnóstwa ludzi. A ścieżka początkowo wąska i śliska, bo pokryta lodośniegiem. Mało przyjemny odcinek jest na szczęście krótki, niżej robi się typowo jesiennie i bardzo szeroko, jeśli chodzi o drogę. Widoki zresztą też są szerokie. I ładne. Po niecałej godzinie przyjemnej wędrówki dochodzimy do rozdroża szlaków zwanego Lukšinec. Można stąd zielonym szlakiem zejść szybko do Frýdlantu. My, wciąż za czerwonymi znakami, schodzimy do górskiej osady BUTOŘANKA (730 m n.p.m.). Kilka chat rozrzuconych na pięknej polanie z widokiem na Łysą Górę tworzy bukoliczny krajobraz.

Uschnięte drzewa i prześwitujące między nimi beskidzkie wzniesienia (↑), czyli widok z czerwonego szlaku.
I zupełnie inny nastrój w niższych partiach góry — Butořanka (↓) i jej chałupy na malowniczej polanie.

Za Butořanką odbijamy na niebieski szlak, sprowadzający w dolinę potoku Mazák. Z mapy wygląda, jakby szlak poprowadzono asfaltówką. Okazuje się jednak, że co najmniej połowa zejścia wiedzie zwyczajną leśną drogą. Tam, gdzie zaczyna się asfalt, i tak jest ładnie — potok tworzy liczne bystrza i kaskady, co i rusz pojawiają się jakieś skałki, drzewa szumią w kolorach jesieni… Trzy kilometry, których obawialiśmy się, że będą najnudniejsze na całej trasie, mijają nie wiadomo kiedy. Nastrojowo jest do samego końca. Przysiółek Mazák to kilkanaście współczesnych wprawdzie, ale stylizowanych (bardzo udanie!) na stare, drewnianych domków letniskowych.

Potok Mazák w swojej górnej części.
Potem robi się znacznie szerszy.

Już wsiadając do samochodu, postanawiamy, że wrócimy na Łysą Górą zimą. Powędrujemy oczywiście inną trasą, może właśnie czerwonym szlakiem, najbardziej widokowym ze wszystkich prowadzących na szczyt. A jeszcze jesienią wyruszymy na inne wzniesienia Beskidu Śląsko-Morawskiego. Z Bielska-Białej dojazd zajmuje nieco ponad godzinę, czas do zaakceptowania nawet jesienno-zimą porą, kiedy dzień jest już krótki.

***
Na wędrówki po Beskidzie Śląsko-Morawskim polecamy mapę firmy Shocart (1:40 000). Jest papierowa, a nie foliowana, i to chyba jedyny jej mankament. Nie podaje też czasów przejść, tylko kilometraże, ale w Czechach, jak już wspominaliśmy, to norma. Jadąc w te rejony z Cieszyna, spokojnie można pominąć autostradę i nie kupować winietki (najtańsza 10-dniowa kosztuje 10 euro, sporo, jeśli nasz wyjazd jest jednodniowy). Drogi wojewódzkie i lokalne są niezłe i wcale nie tak zatłoczone.

14 października 2016

TRÓJSTYK Z GIROVĄ w tle, czyli czeski Beskid Śląski

Jaworzynka Trzykatek — Trójstyk — Hrčava — Komorovský grúň — Girová — Jaworzynka
(szlaki: żółty — czerwony — żółty — zielony)

czas przejścia: 5 godzin    suma podejść: 600 m    dystans: 15 km    trudność: *
infrastruktura: bary w Hrčavie, schronisko na Girovej

Dni stają się coraz krótsze i nasze wycieczki też. W październikową sobotę wybraliśmy się na półdniową trasę wokół Trójstyku z przejściem do Czech. Niewymagająca pętelka prowadzi w dużej mierze asfaltowymi drogami, ale ruch jest tu znikomy, a właściwie go nie ma. Część bardziej górska — dojście do Girovej — wiedzie ładnym lasem. Latem w okolicy Trójstyku bywa tłoczno, niewysokie wzniesienia i ładne widoczki przyciągają rodziny i emerytów. Dlatego warto zrobić tę wycieczkę po sezonie. Kapryśna jesienno-zimowa aura sprawia, że na szlakach jest pusto. Masyw Girovej, zaliczany jeszcze do Beskidu Śląskiego, leży całkowicie po stronie czeskiej. Szczyt nie pretenduje do miana atrakcji, jest na to zbyt niski i położony w zbyt mało interesującym miejscu. Paradoksalnie stanowi to o jego uroku. Nasz sobotni spacer do cichego schroniska, z kolorowymi liśćmi pod nogami i w drobnej mżawce to wędrówka po krainie samotności i łagodności.
głęboka jesień
na wpół naga brzoza
w pełni żółta
[Rafał Zabratyński]
Na trasę wyruszamy z JAWORZYNKI, a dokładniej z jej przysiółka TRZYKATEK. Przy końcowym przystanku autobusowym znajduje się mały parking. Zostawiamy tu samochód i za znakami żółtego szlaku wąską asfaltówką z zakazem ruchu w 15 minut docieramy do TRÓJSTYKU, czyli miejsca styku trzech granic: Polski, Czech i Słowacji. Zanim wszystkie trzy państwa przystąpiły do układu z Schengen, co nastąpiło w 2007 roku, działało tu potrójne pieszo-rowerowe przejście graniczne. Dziś miejsce jest atrakcją turystyczną. Dokładny punkt zbiegu trzech granic znajduje się w głębokim korycie potoku. Kilkanaście merów od niego w każdym państwie ustawiono granitowe obeliski. Są też wiaty i ławki, a po polskiej stronie buduje się karczma.

Tego drewnianego mostku (↑) na Trójstyku już nie ma. Aby przejść na Słowację, trzeba ostrożnie zejść nad strumyk, przekroczyć go i wdrapać się na górę po drugiej stronie. Strumień płynie (albo i nie, latem czasem wysycha :-) w głębokim parowie, jest więc z tym trochę zabawy. W zamian z bliska można podziwiać miejsce dokładnego styku granic (↗). Strumień po polskiej stronie nosi nazwę Wawrzaczowy Potok, po czeskiej — Kubankowski Potok, a na Słowacji zwany jest Potokiem Gorylów.

Nie zbawiamy długo na Trójstyku, odwiedziliśmy to miejsce rok temu, niewiele się zmieniło, zniknął tylko drewniany mostek przerzucony niegdyś przez potok na stronę słowacką. Ponoć zgnił i groził zawaleniem. Został rozebrany, a gmina czeka na pieniądze z Unii, by wystawić coś solidniejszego. Wracamy 100 metrów do żółtego szlaku i przechodzimy wraz z nim na czeską stronę. Kiedy przekraczamy granicę, nie wiemy, asfaltówka wije się między domami i nie wiedzieć kiedy, znajdujemy się już po drugiej stronie. A nawet trzeciej, słupki graniczne nie mogą się zdecydować, czy to Słowacja, czy Czechy — pas czeskiej ziemi, niczym wystawiony paluch, wcina się tu między Polskę a Słowację, powodując międzynarodowe zawirowania.

W krajobrazie dominuje nowoczesny most po stronie słowackiej. Dziwne, dobrze wpisuje się w okolicę.

Początkowo pogoda nam sprzyja: jest zimno, ale raczej słonecznie. Z każdą minutą przybywa jednak chmur. Co wyższe okoliczne wzniesienia mają ośnieżone czubki. Schodzimy łagodnie w kierunku zabudowań Hrčavy, po polsku Herczawy. To ciekawa wioska. Niegdyś była częścią Jaworzynki, po podziale Śląska Cieszyńskiego w 1920 roku przypadła Polsce, ale na prośbę mieszkańców cztery lata później Liga Narodów dokonała korekty granic i przekazała ją Czechosłowacji. Z tym przekazaniem wiąże się powstanie najciekawszego obiektu Hrčavy — drewnianego kościółka św. św. Cyryla i Metodego (czes. Kostel svatého Cyrila a Metoděje). Gdy wieś znalazła się w Czechosłowacji, mieszkańcy nie mogli już korzystać ze świątyni w Jaworzynce, musieli wznieść własną. Kościół zbudowano w najwyżej położonym miejscu wsi. Architekturą nawiązuje do miejscowych tradycji budownictwa drewnianego — budynek nakryto niezwykle stromym dachem, a malutkie okienka ozdobiono zielonymi obramowaniami.

Kościół zbudowano w 1936 roku. Dźwięk jego dzwonu jest słyszalny w trzech państwach :-).
Do granicy Polski jest stąd w linii prostej 540 metrów, do słowackiej — 450 metrów.

Wędrujemy bitą drogą, podziwiając widoki na polską stronę. W oddali wznosi się Ochodzita i Tyniec, bliżej Wawrzaczów Groń — wszystkie trzy doskonałe punkty widokowe. Zabawne patrzeć tak na nie zza miedzy. Kiedy docieramy do przysiółka Na Dilku, panorama robi się szersza — przy dobrej pogodzie można stąd podziwiać po polskiej stronie Baranią Górę i Kiczory, po czeskiej pasmo Ropicy i Girovą, a po słowackiej Javorniki, Kysucke Beskidy i Małą Fatrę. Szare mleko wiszące na horyzoncie sprawia, że nasze estetyczne wrażenia ograniczają się tylko do najbliższych wzniesień. Opuszczamy żółty szlak i za czerwonymi znakami zaczynamy podejście na niewybitny KOMOROVSKÝ GRÚŇ (732 m n.p.m.), a z niego na GIROVĄ (839 m n.p.m.). Kamienisty leśny dukt spokojnie zdobywa wysokość. Żadnego większego wysiłku, ot spacer w pięknych okolicznościach przyrody. Teraz widoków już nie ma, czasem gdzieś między koronami drzew migną na horyzoncie jakieś pagóry.

Jesień i zima… Czeska krowa na zielonej trawce, polski Tyniec i Ochodzita z ośnieżonymi czubkami (↑).
Girová jeszcze nie daje się zimie (↓), przynajmniej kiedy patrzy się na nią z pewnego oddalenia.

Chata Gírová, czyli tutejsze schronisko turystyczne, wita nas tak przejmującą ciszą, że zastanawiamy się, czy jest w ogóle otwarta. Jest. W malutkiej jadalni kilka stołów, włączony telewizor i chatar urzędujący za barem. Można płacić w złotówkach, zamawiamy więc po zupie i herbacie. Na dworze zrobiło się nieprzyjemnie, pada, ciepło jadalni rozleniwia. Zjawiają się kolejni turyści, Słowacy. Klimat domowy — ciche rozmowy i szumiący w tle telewizor, który nie przeszkadza, bo fonię ustawiono na nieabsorbujące pomruki. Atmosfera o tyle górska (pomijając telewizor), że bez jazgotu i rejwachu, tak charakterystycznego dla polskich schronisk.

Na chwilę słońce przedziera się przez chmury. Chata Girova to oaza spokoju.

Chata znajduje się 50 metrów poniżej szczytu Girovej. Dojście szeroką, stromą i śliską ścieżką na wierzchołek zajmuje dosłownie trzy minuty. Czy warto? Trzy minuty to nie wieczność, a zaliczenie szczytu dla wielu ma znaczenie. Girová nie oferuje jednak spektakularnych widoków. Jest wprawdzie tablica opisująca tutejszą panoramę (podobno widać stąd małofatrzański Rozsutec, notabene ukochaną górę Wawka) i ławki do podziwiania krajobrazu, ale to chyba pozostałość po dawnych czasach. Niegdyś wierzchołek był łysy, drzewa jednak odrosły i z roku na rok stają się wyższe, ograniczając widoczność do przecinki, którą prowadzi dojście na szczyt.

Na szczycie Girovej trochę zimowo. Słońce znów schowało się za chmury. Idzie kolejny deszcz.

Ze schroniska warto podejść do Diabelskiego młyna, czyli piaskowcowych skał, w których odkryto kilka niewielkich jaskiń. Čertův mlýn znajduje się na południowym zboczu Girovej, około 150 metrów od chaty, dojście wskazują czerwone kropki malowane na drzewach. Tablica przy schronisku informuje, że Girová to góra rozsławiona przez legendy. Jedna z nich głosi, że to właśnie w skałach Diabelskiego młyna Ondraszek ukrył swój wielki skarb. Zrabował go jednemu z lanckorońskich Żydów, a ponieważ ten nie oddał pieniędzy łatwo, rozeźlony zbójnik ściął mu głowę i niczym wojenne trofeum schował wraz ze skarbem. Duch Żyda do dziś strzeże majątku, a w skałach i jaskiniach ukazuje się wędrowcom jego głowa. Według innej legendy, Girová nazwana została od imienia zbójnika Jury (po morawsku Gira), który ukrywał się tu po śmierci Ondraszka.

Kamienie, zapadliska, skały… Diabelski młyn roztacza aurę tajemniczości.

Rozpadało się na dobre, czas wracać. Do przysiółka Na Dilku czeka nas ta sama droga, którą przyszliśmy na Girovą. Kiedy wychodzimy na otwartą przestrzeń, las nie chroni już przed całkowitym zmoknięciem. Do Jaworzynki mamy jednak tylko 2,5 kilometra. Na kolejnym rozdrożu szlaków wybieramy znaki zielone i spokojną asfaltówką w pół godziny dochodzimy przez osiedla Klimasy i Wawrzacze do samochodu. Kto by pomyślał, że tak mało atrakcyjna na mapie wycieczka, okaże się tak sympatyczna?

10 kwietnia 2016

ADRSZPASKIE I TEPLICKIE SKAŁY, czyli Czechy i ich labirynty skalnych miast

Teplice nad Metują Strzemieńskie Podgrodzie (parking przy wejściu do skalnego miasta) — Teplickie Skalne Miasto — Wądoły — Wilczy Wąwóz — Adrszpaskie Skalne Miasto — Teplice nad Metują Strzemieńskie Podgrodzie (parking)
(szlaki: niebieski — zielony — niebieski — żółty — zielony — żółty)

czas przejścia: 8 godzin    suma podejść: nie do zliczenia :-)   dystans: 18 km
trudność: **
   infrastruktura: bufety i restauracje przy parkingach


O czeskich skalnych miastach słyszeliśmy niejedno. Że spektakularne, ale zatłoczone, że przereklamowane, choć dla dzieci fajne, że nie warte jazdy, bo polskie Góry Stołowe są równie interesujące… Nie ma to, jak przekonać się na własne oczy, będąc więc w Górach Stołowych zrobiliśmy sobie czeski dzień i pojechaliśmy poznawać Adrszpasko-Teplickie Skały. Lubimy długie wędrówki i mniej uczęszczane szlaki, wytyczyliśmy więc ambitną wycieczkę 2 w 1 — przejście obu skalnych miast za jednym zamachem z odrobiną samotności, czyli łącznikiem w postaci wyludnionych szlaków przez Wądoły i Wilczy Wąwóz. Wyprawa okazała się nie tylko arcyciekawa, ale i wymagająca — ciągłe wejścia i zejścia po schodach i kładkach dały nam odrobinę w kość :-). Mimo to gdybyśmy mieli jeszcze trochę czasu, powędrowalibyśmy dalej, choćby do ruin zamku Adrszpach.

Przez wieki potężne piaskowcowe skały były ukryte wśród
gęstych, niedostępnych lasów. Zapuszczali się tu jedynie
zbójnicy oraz uciekający przed wymiarem sprawiedliwości.

Piaskowcowy adrszpasko-teplicki płaskowyż jest podobno największym zwartym masywem skalnym w Europie Środkowej. Objęto go ochroną przyrodniczą już w 1933 roku. Krajobraz jest rzeczywiście niezapomniany: dziewicze skaliste wzniesienia i grzbiety, wąwozy i labirynty, skalne wieże, iglice, baszty… Ponieważ to rezerwat, można się w nim poruszać tylko po wyznakowanych ścieżkach i trasach. Wstęp jest płatny, oddzielnie do każdego ze skalnych miast, chyba że tak jak my, połączy się zwiedzanie wszystkich atrakcji, nie wychodząc z rezerwatu. Wtedy bilet kupuje się tylko raz. Przy wejściach do obu skalnych miast znajdują się płatne parkingi oraz restauracje i gospody. 

Naszą wyprawę zaczęliśmy od TEPLICKIEGO SKALNEGO MIASTA. Był to dobry wybór: ta część płaskowyżu jest mniej popularna niż adrszpaska i może dlatego bardziej nam się podobała. Okrężna niebieska trasa wiodąca podnóżami skał ma 6 kilometrów długości. Przygodę zaczyna się jednak od zdobycia fantastycznego punktu widokowego, czyli wdrapania się do ruin warowni Strzemię. Strażnicę zbudowano w XIII wieku na wyniosłej skale, świetnie wkomponowując ją w masyw skalny. Jak się do niej wtedy dostawano, nie wiem, dziś trzeba pokonać 300 żelaznych schodków, a pod samym wierzchołkiem kilka drabin, by w końcu poczuć wiatr we włosach i móc podziwiać rozległą panoramę okolicy.

Po strażnicy właściwie nic nie pozostało, oprócz skalnej baszty, na której ją
wzniesiono, i ociosanych kamiennych bloków z widocznymi jeszcze wycięciami
na belkowanie. Podobno warownia uległa zniszczeniu podczas
wojen husyckich (XV wiek), a potem nikt już nie pokusił się o jej odbudowanie.

Po zdobyciu warowni i zejściu na dół rozpoczyna się właściwa wędrówka Teplickim Skalnym Miastem. Na jego teren wchodzi się przez Skalną Bramę (Skalni brana), którą tworzy ukośnie wsparta kamienna ściana z wyrytą datą „1824". W owym roku wybuchł w okolicy Teplic ogromny pożar. Trwał kilka tygodni i pochłonął wielkie połacie lasu, odsłaniając nieznane wcześniej formacje skalne i umożliwiając ich eksplorację, a następnie udostępnienie zwykłym zjadaczom chleba. Dziś turystyczna trasa prowadzi przez najatrakcyjniejsze partie skał, wiodąc często głębokimi na kilkadziesiąt metrów szczelinami. Nie ma sensu opisywać w tym miejscu mijanych po drodze formacji, przy ścieżce ustawiono tablice informujące na co patrzymy i przez co przechodzimy :-). A wędrówka naprawdę może się podobać: jest różnorodnie, bajkowo, ciekawie…

Wędrując Teplickim Skalnym Miastem, często słychać w górze szczęk żelastwa
i nawoływania. To wspinacze mierzą się z najtrudniejszymi
trasami wspinaczkowymi we wschodnich Czechach.

Każdy, kto sporo wędruje po górach, wie, że wystarczy wybrać mniej znany szlak, by cieszyć się samotnością i spokojem. Wielokrotnie przekonaliśmy się też, że najsłynniejsze trasy wcale nie są najładniejszymi, pewnie dlatego, że tłum i hałas odzierają skutecznie z uroku wszystko i wszystkich. Kiedy więc odbiliśmy z raczej zatłoczonej teplickiej pętli na zielony szlak, nie byliśmy zaskoczeni nagłą ciszą i wrażeniem, że oto wkraczamy na teren dziewiczy :-), znaczony jedynie przez pierwszych 50 metrów papierem toaletowym pseudoturystów. Prawdziwe piękno skalnego terenu odkryliśmy jednak, skręcając z zielonej ścieżki na niebieski szlak wiodący przez WĄDOŁY. Nie ma na nim wprawdzie spektakularnych iglic i baszt, ale w zamian króluje przyroda, mrok i cisza. Ścieżka prowadzi przez las zasłany kamiennymi blokami i fantazyjnie zwietrzałymi skałkami.

Takie klimaty lubimy… Niebieski szlak przez Wądoły jest naprawdę urokliwy.
W języku polskim „wądół" to jar o podmokłym dnie lub głęboki dół
i rzeczywiście na trasie nieraz przeprawialiśmy się po kładkach przez bagniste miejsca
oraz pokonywaliśmy, też po kładkach, głębokie wykroty.

Nic co piękne nie trwa wiecznie. Po godzinie wędrówki Wądołami doszliśmy do żółtego szlaku, wkraczając tym samym na teren WILCZEGO WĄWOZU. Kto myśli, że znów otoczyły nas wyniosłe ściany, ten się myli. Dno wąwozu okazało się tak szerokie, że łatwo było zapomnieć o tym, iż jest się w górach. Trzy kilometry po płaskim miało jednak swoją zaletę — nogi mogły odpocząć, nim ponownie przyszło im wchodzić i schodzić po niezliczonych stopniach. W Wilczym Wąwozie szlak częściowo wiedzie przez tereny podmokłe i na tych odcinkach zamontowano drewniane pomosty. Wijąca się drewniana ścieżka, niknąca gdzieś w zielonym gąszczu, robiła niezwykle malownicze wrażenie. Było płasko, ale wciąż ładnie :-). I nadal bez tłumów.

Nazwa Wilczy Wąwóz wzięła się ponoć od licznie żyjących
na tym terenie watah tych zwierząt. Wilki spotykano tu
jeszcze na początku XX wieku, obecnie nie ma po nich śladu.

Wkrótce przestaliśmy cieszyć się samotnością. Tłum turystów, znacznie większy niż w teplickich skałach, zaatakował nas zaraz po dojściu do zielonego szlaku oprowadzającego po ADRSZPASKIM SKALNYM MIEŚCIE. Rozgwar, piski, płacz dzieci i… obezwładniające piękno wyniosłych skał. Trasa zwiedzania skalnego labiryntu liczy 4 kilometry, do tego można jeszcze wyruszyć w rejs łódką po niewielkim, ale urokliwym Skalnym Jeziorku (dodatkowo płatne) oraz przejść się wokół innego jeziora — w dawnym kamieniołomie (dodatkowe 2 km marszu). Szlaki turystyczne zaczęto budować tu na początku XIX wieku, miejsce było jednak znane i odwiedzane już wcześniej, w XVIII stuleciu. Niektóre nazwy skał pochodzą z tamtych dawnych czasów, np. Głowa Cukru czy Wieża Elżbiety, inne nadano współcześnie. W XIX wieku wielu gości upamiętniało swój pobyt napisami wyrytymi lub malowanymi na skałach, niektóre z nich są czytelne do dziś i odpowiednio zabezpieczane. Rycie nowych napisów jest jednak surowo zabronione, choć przecież i one za sto lat aspirowałyby do godności pamiątki. Ich ilość byłaby jednak przerażająca.

Mysia Dziura, 30-metrowej długości szczelina skalna mająca jedynie 50 cm szerokości
(z plecakiem można w niej utknąć :-), oraz Starościna, efektowna formacja skalna.

Żółty szlak, którym wędrowaliśmy, wchodzi na teren adrszpaskich skał niejako od tyłu, od strony zwanej nowymi partiami. Nazwa wzięła się stąd, że ten fragment okrężnej trasy po skalnym mieście wyznakowano później niż tzw. stare partie. Później, czyli w roku… 1890. Nowe partie są efektowniejsze krajobrazowo, ale, zwłaszcza dla dzieci, bardziej męczące, bo z ciągłymi podejściami (schody, schody, schody) i zejściami (schody, schody, schody). Atrakcją są tu punkty widokowe i skalne szczeliny oraz najsłynniejsza skała Adrszpaskiego Skalnego Miasta — Kochankowie. On, mikry, po lewej, Ona, gargantuiczna, po prawej.

Kochankowie to najwyższa skała w Adrszpaskim
Skalnym Mieście — ma wysokość 100 metrów. Na jej
wierzchołek prowadzą trudne drogi wspinaczkowe.
Chętnych do zmierzenia się z nimi nie brakuje.

Kiedy wkroczyliśmy do starych partii skalnego miasta, trasa stała się wybitnie spacerowa. Wygodny, płaski trakt, który czasami przekształcał się w równie wygodne drewniane kładki, wiódł między wysokimi skalnymi wieżycami. Co bardziej fantazyjne skałki oznakowano tabliczkami z nazwą. Do najbardziej atrakcyjnej część starych partii wchodzi się przez murowaną bramę gotycką. Tak naprawdę wybudowano ją w 1839 roku, czyli wieki po tym jak skończył się w architekturze gotyk, ale kamienne wrota otoczone monumentalnymi skalnymi ścianami zrobiły na nas wrażenie. Ponieważ zaś wędrówka nie nastręczała tu żadnych trudności, kilkanaście minut później byliśmy znów przy żółtym szlaku. Powrót na parking, do samochodu, znanym nam Wilczym Wąwozem odbył się błyskawicznie. Słońce chyliło się już wprawdzie ku zachodowi, ale zdążyliśmy jeszcze zamówić knedliczki z gulaszem :-).


Wrażenia z całości? Same pozytywy, oprócz tłumów. Skalne miasta na pewno spodobają się i dużym, i małym. Warto je zobaczyć. Trasa, którą przeszliśmy, jest za długa dla mniejszych dzieci. Można na nią wyruszyć na przykład z 10-latkiem przywykłym do wędrówek. Inaczej narażamy się na marudzenie :-). Dzieci mają własne tempo zwiedzania, zwykle też szybciej się męczą i nudzą. Dla nich jedno skalne miasto wystarczy aż nadto.